Cztery lata bloga… no poniekąd też

Witajcie!

Szmat czasu minął od czegokolwiek w formie tekstu na tej stronie, na facebooku tego bloga, nawet porzuciłem fejsa od swojego internetowego ja. Minęło tyle czasu że chyba nawet zapomniałem jak tu się pisało.

Powiem tak, nie będzie to jak „za każdym razem” gdy przy większej przerwie sumiennie uzupełniałem luki w moim życiorysie zawartym na tej (Lub raczej na poprzedniej) stronie. Raz że nie da się uzupełnić ponad rocznej luki w życiorysie „od tak” (Ostatni wpis chociaż „prawie rok temu” to wcześniej też wszystkiego nie opisałem), dwa że mi się po prostu nie chce, no ileż można 😛

No to może inaczej, spróbuję w miarę streścić co się do tej wydarzyło. Chyba nie skłamię jeśli opiszę to krótkim wyszedłem do ludzi. Raptem rok temu wychwalałem sobie rozpoczęcie poznawania ludzi z internetu na „większą skalę” niż dotychczasowe:

– Gdzie mieszkasz?
– W Zawsiówku
– A ja w Pipidówie
– Jeej
– Jeej

Kurtyna

Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć że moje „upośledzenie społeczne” trochę się zatarło. Problem poznawania nowych osób jest już mniejszy, nawiązywanie znajomości jest chyba na poziomie przeciętnym (Czyli wychodzi lepiej lub gorzej). Owszem, pewnie można coś we mnie poprawić, ale porównując obecnego mnie do wyalienowanego gimnazjalisty sprzed kilku lat to po prostu niebo a ziemia.

I w tym miejscu dochodzimy do jednego z powodów dla którego zaniechałem dalszego pisania tutaj. Dawno dawno temu, gdy zakładałem to miejsce pod wpływem impulsu miałem raptem kilku znajomych, w tym jednego przyjaciela z którym trzymam do dzisiaj (nadal podziwiam to że czasami potrafi do mnie przyjechać od tak by się przejechać na stadion obok i pogadać jak starzy dobrzy znajomi, z względów oczywistych nadal nie potrafię tego pojąć i chyba nigdy nie dam rady jakoś mu tego wynagrodzić), pewnie nie raz o tym wspominałem (Albo wielokrotnie przez ten rok wyobrażałem sobie co dzisiaj napiszę i po prostu ta kwestia powtarzała się na tyle że już mi się wydaje), w tamtym okresie potrzebowałem jakiegoś miejsca gdzie mógłbym się na spokojnie wyżalić, wygadać, odpowiedź zwrotna nie była konieczna, i tak praktycznie żadnej nie było, mimo upływu lat i zwiększaniu zasięgu tego miejsca. Mogę powiedzieć że udało mi się wokół siebie nazbierać tyle życzliwych mi osób, wartościowych, tych których mógłbym nawet nazwać przyjaciółmi (Ale to słowo wydaje mi się takie wartościowe że stosuje je stosunkowo rzadko, wszyscy ogólnie są kolegami etc). Po prostu bliskie grono odbiorców wzrosło z samotnie wychowującej mnie matki do dużej, moim zdaniem, liczby osób do których zawsze mogę napisać, pogadać, pośmieszkować, ponap****alać się słownie między sobą przez internet (Bo w realu jakoś nie potrafię prowadzić wulgarnej i agresywnej dyskusji), wyjść na kebaba… Porównując siebie do ogółu można by rzec że zyskałem normalne relacje i życie społeczne.
Pamięta ktoś jeszcze moje opowieści o mojej kochanej „złej klasie”? Chyba w trakcie ostatnich wpisów mówiłem o nich miłe rzeczy i że jest lepiej. No to sobie wyobraźcie że teraz jest jeszcze lepiej, totalny kosmos. Integracja klasowa nie jest ograniczona do wycieczek szkolnych. Po prostu to z siebie wyrzucę, mam wspaniałą klasę, wspaniałych kolegów i wspaniałe koleżanki, te 4 lata były najlepszą rzeczą jaka mnie do tej pory spotkała. Kij z pierwszą klasą czy częścią drugiej, teraz jest zajebiście i tego się trzymajmy.
Zacząłem częściej wychodzić z domu na jakieś integracje, czasem pójdę z bratem do znajomych by fajnie spędzić czas, a nawet się zdarzy że sam u nich siedzę i też jest spoko.
Również nie próżnuję w internecie, zmieniłem nieco środowiska i z tego związanego z symulatorem ciężarówek poszedłem bardziej w środowisko miłośników kolei, zajebiści ludzie, interpretujcie to jak chcecie, byle pozytywnie.

Dobra, bo rozpędzam się z tymi moimi osiągnięciami życiowymi, do czego zmierzam.
Pomyślcie przez chwilę, pamiętacie moje „autorytety” na których lekko się wzorowałem tworząc to miejsce? Koci Świat ASD, Asperger i życie z Zespołem Aspergera? Ta pierwsza gdzieś chyba zniknęła (Na szybko teraz próbowałem znaleźć, nie ma), ten drugi bardzo długo pisał często… i długo pisał (W sensie długość wpisów). Najwięcej emocji było w trakcie zaostrzenia się konfliktu z żoną, teraz to nie tyle co zniknął tylko zmienił format, z tego mi się wydaje to teraz zajmuje się swoim szczęśliwym życiem w towarzystwie swoich synów, powiedzmy że u niego tempo pisania również spadło.
Przyjmując takie założenie powiem że mnie spotkało coś podobnego. Otoczenie wokół mnie się zmieniło, ja się nawet zmieniłem (Te 4 lata technikum serio dokonały cudów), zaryzykowałbym stwierdzenie iż to miejsce jest mi już po prostu… niepotrzebne.
Pewnego razu mama zaproponowała mi zamknięcie tej strony, nie chce tego zrobić z trzech powodów:
– Z sentymentu
– Strona nadal ma jakiś zasięg, nadal jest niewielka szansa że trafi tu ktoś kogo moje teksty pocieszą czy coś
– Nawet ja przyznam że pisałem czasami bardzo fajne rzeczy, szkoda by było bezpowrotnie pozbyć się tych „perełek” 😛
Poza tym obecność tej strony daje mi wiecznie otwartą furtkę napisania tu czegokolwiek kiedy będę potrzebował, tak jak na przykład dzisiaj. Tak więc to miejsce nie zniknie, póki przeglądam maila będę starał się by moje, powiem skromnie, dziedzictwo przetrwało.
Trochę to trwało, ale wreszcie mamy to wyjaśnione. Nawet niech to będzie wytłuszczone jako meritum drugiego dna tego wpisu.

A co z pierwszym?

Witajcie, z tej strony autor bloga Świat Oczami Aspergerowca, dzisiaj… Dobra, może bez tej nieśmiesznej wstawki nawiązujących do moich młodzieńczych fantazji zostania gwiazdą Youtuba kręcącą się wokół gier.
Minęły 4 lata, jakoś tak wypadało że co roku długo i zwięźle podsumowywałem osiągnięcia i co się działo. Chyba na tyle mnie jeszcze stać by o tym trochę powiedzieć.

Wreszcie jestem szczęśliwym posiadaczem prawa jazdy, od ponad pół roku co jakiś czas prowadzę samochód, głównie po okolicy ale do tej pory miałem okazję przejechać się też trochę dalej. Dzięki prawku również urosłem lekko w klasowej hierarchii, już dwa razy miałem wypełnioną furę koleżankami 😛

Prosperująca relacja z tą tą fajną koleżanką do której się brałem jak pies do jeża (Nawet nie chce sprawdzać na jakim etapie jest ta opowieść w poprzednich wpisach) przestała istnieć rok temu, w czasie próbnych matur wszystko szlag trafiło i przez rok byłem zmuszony „dzień w dzień” ją oglądać w szkole, po tym jak mnie zraniła. Opowieść na osobny wpis bo niesie to ze sobą trochę fajnej historii.

Kilka miesięcy temu odszedł bohater mojego okresu dojrzewania.

Kochane psisko po 13 latach poszło na tamten świat. Ostatni rok to była męczarnia psychiczna dla nas i fizyczna dla niego, ten się kończył, zalewał nam całe mieszkanie moczem, wyganiał z domu średnio co godzinę i cały czas cierpiał. Obecność przy jego usypianiu jest doświadczeniem z którym już się w miarę pogodziłem, ale jak się pewnie domyślacie nadal jest mi ciężko z tego powodu.
Nawet napisałem na moim ulubionym forum coś w rodzaju pożegnalnej wiadomości by z siebie wyrzucić wszystko.

Dałem do poczytania mamie i bratu jakieś 2 tygodnie po fakcie, nawet ten drugi się popłakał.

A tak to teraz zmagam się z maturami, dzisiaj jest już trzeci dzień, czeka mnie jeszcze jeden egzamin pisemny i dwa ustne. Póki co idzie stosunkowo dobrze, nie ma co narzekać.

Zbliżając się do końca tego wpisu chciałbym jeszcze napomnieć dlaczego nie zapomniałem o tym miejscu. Ku mojemu zdziwieniu co jakiś dłuższy czas jest w eterze wspomnienie o moim blogu, na tej zasranej fotogalerii transportowej ta banda debili co się czasami pode mnie podszywa co jakiś czas nawiązuje do niego, ostatnio w klasie ktoś zaproponował bym opisał mój wzrost w klasowej hierarchii, ja się dziwie że wciąż przybywa polubień na Facebooku. Wiem, w tym przypadku na nic więcej poza cyferkami to się nie przekłada, ale chodzi o sam fakt 😛

Moi drodzy, następny wpis pewnie dopiero za rok, powiedzmy że w pewnym sensie się wypaliłem, na pewno mogę powiedzieć iż prowadzenie tego miejsca już mnie nie „kręci” jak kiedyś, ale tak jak wspomniałem wyżej, nie mam zamiaru sobie zamykać mojej furtki kontaktu z szerszym gronem.

Jeżeli ktoś jest zainteresowany co u mnie „piszczy” to zapraszam serdecznie na mojego Instagrama gdzie co jakiś czas publikuję zdjęcia z moim, zazwyczaj, barwnym opisem, może komuś się spodoba. Link oczywiście znajduje się również pod ikonką Instagramu pod nazwą bloga na głównej stronie.

Koniec tej reklamy może, mam nadzieję że wynagrodziłem niektórym tą roczną ciszę.

Dziękuje za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Reklamy

Trzy lata bloga!

Witajcie.

Tak, trochę głupia sprawa. No ale mówiąc pół żartem pół serio jestem w końcu facetem i czasem zdarzy mi się zapomnieć o jakiejś ważnej rocznicy 😛 A że nikt mnie nie nachodził w tej sprawie to najzwyczajniej w świecie wyleciało mi to z głowy (Mimo tego że kilka dni przed owym dniem sobie ten fakt przypominałem).

A więc, na dzień 8 maja bieżącego roku przypadła trzecia rocznica istnienia mojego bloga. Jak zawszepowinienem ten okres jakoś stosownie podsumować. Prawdę mówiąc o tym że „zapomniałem” zorientowałem się ładnych kilka dni temu, po prostu myślałem co by tu naskrobać z tej okazji, poprzypominać sobie parę faktów z mojego życia i pomyśleć co przez ten okres było najistotniejsze jeśli chodzi o swego rodzaju postępy.

Myślę że ten rok jest warty zapamiętania z jednego powodu, zacząłem o wiele częściej wychodzić do ludzi, trochę się usamodzielniłem, poznałem mnóstwo ludzi których wcześniej znałem tylko zza monitora. Jak na osobę która kilka lat temu pisała że ma problemy z nawiązywaniem normalnych relacji z rówieśnikami z gimnazjum, a teraz ma na koncie nie małą ilość spotkań, głównie z osobami które wcześniej znał z internetu to raczej nie jest małe osiągnięcie. Z tych nieco mniejszych warto też wspomnieć o moim pierwszym spotkaniu z płatną pracą czy prowadzeniem samochodu stricte na legalu (Tak, nadal nie mam prawa jazdy bo nadal nie potrafię się spiąć by wreszcie to zakończyć, swoją drogą za trzy miesiące minie rok od rozpoczęcia kursu, o zgrozo). Jedyne co mnie teraz zastanawia to czy obecny rok „przebije” osiągnięciami poprzedni, to moje „wyjście do ludzi” ciężko chyba będzie przebić.

To że czwarta rocznica będzie mam nadzieję dla nikogo nie jest wątpliwe. Fakt że zaniedbuje (ostro) to miejsce, ale wciąż pamiętam o jego istnieniu i możecie być pewni że kiedyś coś jeszcze naskrobie. A propo rocznic to dzisiaj mam imieniny (O których też zapomniałem).

Tak więc, do następnej ro… do następnego wpisu, żeby nikt nie pomyślał że przez rok będzie cisza.

Dziękuje za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Spokojnie, wiem jaki dzisiaj mamy dzień, pomimo tego to nie jest żart i serio pojawił się nowy wpis 🙂

Ach, prawie bym zapomniał, wszystkiego dobrego z okazji świąt wielkanocnych 😛 Szczęścia, zdrowia i oczywiście pieniędzy, każdy ich potrzebuje przecież 😛

Dobra, do rzeczy.

Znowu minęło mnóstwo czasu od ostatniego wpisu, co się zdążyło wydarzyć? Ferie które dla mnie przeszły do historii oraz praktyka zawodowa. Niestety pomimo tego ilu osobom naopowiadałem że w te ferie ruszy temat prawa jazdy to raz jeszcze dałem ciała. Na szczęście mam swego rodzaju usprawiedliwienie więc po prostu będę kontynuował.

Kwestie praktyk paradoksalnie zacząłem zgodnie z tym co sobie planowałem wcześniej czyli „na spokojnie w ferie”. Heh, to było tak na spokojnie że czas jaki poświęciłem na dopięcie ich na ostatni guzik to miesiąc. 1 lutego począwszy od odpowiedzi zwrotnej pochodzącej od pana zajmującego się praktykami w naszej szkole 1 marca kiedy to otrzymałem świstek od lekarza że do praktyki mogę przystąpić. Przez ten miesiąc trochę się nachodziłem, w końcu strasznie rzadko kiedy bezpośredni autobus który jeździ, dosłownie, w kratkę był na wyciągnięcie ręki i jedyną możliwością była piechta z „ciekawej dzielnicy” na kopalnie. W każdym razie do moich praktyk doszedł mój dobry kolega z kierunku „którego nigdzie nie chcieli”. Co jakiś czas razem z nim wybierałem się na kopalnie bo stwierdziłem że nie będę wszystkiego robił za niego 😛 Proces opierał się najpierw o dostarczenie papierów ze szkoły w sprawie praktyk a na samym końcu papieru od lekarza że możemy pracować. Jednego jestem pewien, gdybym od razu miał z góry wiadome co trzeba donieść to trochę krócej by to trwało (Bo np informacje o tym od lekarza dostałem dopiero po dostarczeniu umowy o praktyki). Ale się w końcu udało, praktyki mieliśmy załatwione właściwie na ostatnią chwilę (Kilka dni przed planowym ich rozpoczęciem). W ten czas jak załatwialiśmy sobie to wszystko to trochę zapoznałem się z budynkiem i z hierarchią niektórych czynności (Np jedna osoba mówi że coś załatwię tu a ta osoba mówi że u tamtej czy coś takiego). Tak samo dopiero drugi lekarz wystawił mi zezwolenie na prace bo pierwszy stwierdził że nie ma żadnych danych chociaż wszystko opisałem co raczej tam będę robił.

No ale dobra, praktyki były później, wcześniej jeszcze miało coś miejsce. W ostatni weekend ferii przyjechał do mnie obywatel Kaliszforni, tak, wreszcie po tylu miesiącach znowu się spotkaliśmy, tym razem na moim dobrze mi znanym terenie. O godzinie 13:30, idealnie jak wszedłem na peron, pociąg PKP Intercity przyjechał pod dach dworca i wypluł z jednego z wagonów człowieka głodnego przygód w krainie słynącej z węgla i bezrobocia. Warto opowiedzieć że jego przyjazd wywołał u mnie w domu mały przewrót bo wiem zostałem zagoniony do wysprzątania na błysk całego mieszkania. Od mojego bajzlu na biurku po wyszorowanie na błysk kibla. Z tego co mi opowiadał jego mamie było do śmiechu że jego przyjazd wywołał takie efekty uboczne. W dniu samego przyjazdu już było ciekawie bo wisiała nad nim możliwość nie zdążenia na pociąg w Ostrowie a później zrobił mnie w balona że nie zdążył na przesiadkę w Łodzi, w momencie kiedy planowałem jak mu tu pomóc i czy może warto jechać tam po niego to się okazało że przybędzie planowo, dowcipas jeden się znalazł… Wracając, do Katowic dojechał cały, zdrowy, z bagażem wielkości podręcznego kowadła. Oczywiście na dzień dobry solidny męski przytulas i ruszyliśmy w świat. Gdyż dostałem cynk z domu że mama jeszcze coś porządkuje i że mam naszego gościa przetrzymać jeszcze poza domem to spróbowałem go oprowadzić po Katowicach. Pokazałem mu stosunkowo niedawno przebudowany rynek, strefę kultury (W której prawie wyrżnąłem na schodach), spodek i oczywiście moje kochane tramwaje. Za moją namową nawet strzelił kilka fotek tramwajom które tego dnia widzieliśmy.

Skład Moderusów na linii 19 oraz Pesa Twist Step z linii 6, obie linie kursujące po trasie „śląskiego szybkiego tramwaju” czyli trasą Bytom – Katowice.

Po okolicznej przechadzce wsiedliśmy w „śląski szybki tramwaj”, trafiła nam się Pesa, w celu przetransportowania go do mojego miasta. Po wysiadce raz jeszcze zacząłem go oprowadzać po, bardziej mojej, okolicy. Czyli między innymi okolice Sądu, miejscowego centrum handlowego, deptak w centrum którego nie opuścisz bez ulotki (Jemu się udało) i inne takie. Nie obyło się bez tramwajów w kliszy 🙂

Kilka strzałów z miejscowego tramwajowego centrum przesiadkowego, placu Sikorskiego

Godziny mijały aż w końcu dojechaliśmy do mojej dzielnicy gdzie nasz gość mógł wreszcie trochę odpocząć od tego wszystkiego, poznać moją rodzinę, zobaczyć moje centrum dowodzenia wszechświatem i tak dalej. Początkowo plan był taki że przyjaciel ma spać albo na kanapie albo na rozkładanym łóżku. Kochany brat był jednak łaskawy i dla dobra sprawy poświęcił się oddając gościowi swoje łoże a samemu lądując na kanapę. Kwestia sypialna została załatwiona w sposób pokojowy. Reszta dnia polegała na poznaniu naszego trybu życia oraz na graniu na moim komputerze 😛

Następny dzień był szalony. Bowiem w planie było spotkanie się z jednym kolegą z Sosnowca, a później wyszło w praniu jeszcze że do naszego wesołego grona dołączy jeszcze kolega z Częstochowy, nie można było zmarnować okazji kiedy to przyjaciel z Kalisza jest na wyciągnięcie ręki, tak więc zorganizowaliśmy się w centrum Katowic. Rano zapakowałem mojego gościa w słynny cider express który wypluł nas w okolicach rynku, pierwsza osoba jaka wpadła nam w ręce był kolega z Sosnolandu. We trójkę już skierowaliśmy się w stronę dworca by odebrać czwartego towarzysza. Gdy już mieliśmy komplet zaczęliśmy iść po prostu przed siebie ciągle konwersując i „śmieszkując”. Serio parliśmy na przód, głównie za mną bo jak się okazało jako jedyny wiedziałem gdzie idę, ani się obejrzeliśmy a doszliśmy na najdalej wysunięty kraniec sieci tramwajowej, pętle w katowickiej dzielnicy Brynów. Za moją namową wsiedliśmy jeszcze raz w tramwaj linii 6 którym po godzinie zajechaliśmy do mojego kochanego miasta, była to podróż wręcz królewska bo zajęliśmy wszystkie 4 miejsca jakie były z tyłu. Każdy kto jeździł autokarami na wycieczki szkolne wie że z tyłu siedzi elita więc tym  bardziej, przynajmniej ja, byłem tym podbudowany. Naszych kompanów zaprosiłem do siebie na herbatę, dwójkę z mniej odległych miejscowości oprowadziłem dodatkowo po swoich włościach, niech coś z tego mają 😛

Herbata przyprawiła nas o głupie pomysły, chciałem potem kolegów oprowadzić po mniej uczęszczanych terenach czyli okolice Elektrociepłowni i kolei wąskotorowej. Niestety, koledzy nakręcili się na zakup żubrówki w mojej Biedronce. Gdy już oddaliliśmy się trochę od cywilizacji i nacykaliśmy sobie trochę zdjęć skryliśmy się w krzakach (Jak prawdziwi stalkerzy) by opróżnić przeźroczystą butelkę „napoju mocy”. I tak wypiłem dwa łyki wódki w krzakach między czynną linią kolejową w koleją wąskotorową biegnącą nad rzeką. Na początku to wydawało się zabawne, te partyzanckie warunki i Twixy na przegryzkę. Dopiero po chwili wyszło że to nie był tak dobry pomysł. Trójka kolegów podzieliła się na: Osobę która wypiła i nie dała po sobie tego za mocno poznać, osobę która wypiła i było to po niej widać i osobę która wypiła i weszło jej do głowy. Tak, koledze z Sosnowca 1/3 butelki mocno uderzyła do głowy. Jak bardzo to był głupi pomysł zorientowałem się kiedy temu zaczęło odwalać (Chociaż na nogach raczej dobrze się trzymał) a przecież obok była rzeka i tak dalej. Za namową kolegów szukaliśmy kebaba bo „alkohol rozpuszcza się w tłuszczach” czy jakoś tak. Ze stresu zapomniałem gdzie jest kebab więc poszliśmy do pizzeri. Droga stosunkowo krótka wydłużyła się strasznie, w końcu chodzenie z kolegą który raczej się schlał i przepraszał wszystkich dookoła za kij wie co i w ogóle beblał jak mało kto nie należało do najprostszych. Do restauracji doszliśmy, zamówiliśmy po dwóch pizzach a kolega po procentach poza robieniem za dużego hałasu rozlał nawet swój napój. Dzięki bogu że obok nas siedzieli emeryci którzy coś chyba świętowali to nie było wcale tak słychać naszego kolegi który wciąż wszystkich przepraszał, ostatecznie za moją namową wyprowadziliśmy go z lokalu i na zmianę go pilnowaliśmy żeby w środku nie robił więcej szkód. Tak stresowego wypadu ze znajomymi chyba jeszcze nie miałem, w końcu jak to potem skomentował kolega z Częstochowy „Nas tu potem nie będzie, ale ty tu mieszkasz i ciebie będą pamiętać”, coś w ten deseń. Godzina była na tyle późna że trzeba było się zbierać do Katowic odstawić kolegę na pociąg do Częstochowy i kolegę z Sosnowca. No ale właśnie, jak w przypadku tego pierwszego nie powinno być tak źle tak zostawienie tego drugiego to było proszenie się o kłopoty. Wtedy zrobiłem chyba najmądrzejszą rzecz dzisiaj. Wyciągnąłem telefon, zadzwoniłem do brata chowając dumę w kieszeń i go bardzo prosiłem żeby wsiadł w auto i nas porozwoził bo się jeden kolega schlał i go strach zostawić samego w komunikacji miejskiej. Nie za darmo ale brat się zgodził. Pierwszym przystankiem były Katowice, po drodze próbowaliśmy jeszcze wyciągnąć adres kolegi z Sosnowca, nawet się udało. Szybkie sprawdzenie kiedy jest pociąg do Częstochowy, zajazd do parkingu podziemnego galerii katowickiej i już biegniemy z kolegą z Częstochowy po bilety. Są kasy, „tu masz stać”. Stał za jakimiś dziewczynami które nie mogły dogadać się z kasjerem bo on „ni panimaju po angielsku” że tak powiem. Na szczęście nasz najmniej wcięty kolega o wiele lepiej operował angielskim po alkoholu niż ojczystym językiem na trzeźwo. Wytłumaczył paniom że biletu kolejowego w dwie strony nie kupią i bilet powrotny dopiero mogą zakupić w drugim mieście. Jak przestaliśmy się śmiać z tej sytuacji stojąc przy słupie zauważyliśmy osobne kasy dla Kolei Śląskich gdzie znowu zaprowadziliśmy kolegę. Potem szybka odstawka na właściwy peron, upewnienie się że da sobie radę i bieg z przeszkodami na parking do auta. Dojazd do Sosnowca pod wskazany adres, odprowadzenie kolegi za ręce pod drzwi. Próba wejścia do jego klatki wygrała chyba wszystko, trzy razy wpisywał w domofon jakiś kod, potem zrezygnowany zadzwonił do taty czemu kod nie wchodzi (Podał dokładnie odwrotny niż wpisywał). Ostatecznie kod jaki wszedł to była zamieniona kolejność dwóch pierwszych cyfr dwoma drugimi cyframi z pierwszego wpisywanego kodu. Jakby tego mało odstawiliśmy go tuż pod drzwi jego mieszkania a następnie skryliśmy się za ścianą patrząc czy na pewno do nich trafi. Trafił.

Brat podsumował to całkiem trafnie, „Taka wixa że skończyła się w Sosnowcu”. Ja po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać. Kiedyś myślałem co ja będę opowiadał wnukom na starość. Teraz się tego obawiam.

Dzień trzeci planowałem też spędzić na dworze, zmęczony przyjaciel jednak wolał zostać w domu więc ten dzień spędziliśmy na spokojnie w czterech ścianach, ostatnim posiłkiem dnia była słynna w naszym domu największa możliwa pizza, połowa z owocami morza a połowa bardzo ostra. Dzień w którym nasz gość wyjechał do swoich stron był poniedziałek. Tak, poniedziałek kiedy mi się już skończyły ferie. Niestety nie mogłem go odprowadzić na dworzec gdyż o 8 miałem zajęcia ale najstaranniej jak potrafiłem wytłumaczyliśmy mu czym i gdzie ma jechać by trafić. Poradził sobie chociaż ja miałem żal że nie mogłem go odprowadzić. Tak jak on mnie wtedy do Ostrowa odwiózł autobusem. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu strasznie mi go teraz brakuje.

Po feriach oczywiście była kopalnia. Nie, nie ta z praktyk. 22 lutego klasa geodezyjna i OZE wybrała się do czynnej kopalni Julian w Piekarach Śląskich. Wycieczka która zajęła nam pół dnia które spędziliśmy pod ziemią. Mógłbym się tutaj rzecz jasna rozpisać, ale pozwolę sobie na przekierowanie was do kopii mojego sprawozdania z tej wyprawy.

Jedyne co mógłbym dopowiedzieć a nie byłoby rozsądne umieścić to w sprawozdaniu były wrażenia z mojego pierwszego grupowego prysznica. Chociaż latami chodziłem na basen w gimnazjum w ramach szkoły to nigdy nie miałem zupełnie nagiego grupowego mycia. Nie raz w miejscach publicznych widziałem jak faceci się „nie wstydzą” między sobą, raz mi chyba mama to kiedyś tłumaczyła więc to nie było nic aż tak bardzo nowego. Nie mniej jednak uczucie dość dziwne ale to w końcu całkiem normalne, prawda?

Jakby mi było mało kopalni, 27 lutego wybraliśmy się do kolejnej. W ramach lekcji historii odwiedziliśmy KWK Wujek mieszczącą się w Katowicach. Znów pozwolę sobie na przekierowanie do mojego kolejnego sprawozdania. Dopowiem tylko że tak dużo notatek to chyba nigdy nie zrobiłem, porównywalne z tymi które robiłem na wykładach z prawa jazdy.

Zaczął się marzec, a więc praktyki. Tłumacząc się co z prawem jazdy, ustaliłem że najpierw załatwię praktyki które mają o wiele większy priorytet a dopiero potem zabiorę się za prawko. No cóż, nie spodziewałem się że załatwianie tego wszystkiego zajmie miesiąc więc po prostu nie miałem kiedy.

Praktyki na kopalni, trochę nas ostrzegali że nic tam nie będziemy robić, kawę będziemy parzyć i tak dalej. Cóż, pierwszego dnia jedno się zgadzało.

Z tą różnicą że kawę zrobili nam 😛

No ale dobra, co można powiedzieć. Przez te dwa tygodnie byliśmy tylko 3 razy w terenie, głównie siedzieliśmy w biurze i liczyliśmy wychylenia, dzienniki reperów czy uzupełnialiśmy bazę danych wychyleń w pobliskiej dzielnicy. Tak, ponieważ to kopalnia to było dużo wychyleń 😛 Praktyk niestety było tylko dwa tygodnie czego bardzo żałuje, wbrew wszystkiemu osobiście czuje że nabyłem jakąś praktyczną wiedzę tam. Poza tym mam co opowiadać, chodziłem po terenie kolejowym bez uprawnień (Czym od razu pochwaliłem się znajomemu w Straży Ochrony Kolei), blokowałem geodetą samochód straży miejskiej, chodziłem po mojej ulubionej drodze czyli DK88 (Podczas wykonywania pomiaru na niej) i oczywiście udało mi się zablokować komputer w dziale na chyba 20 minut. To tak w dużym skrócie. Doszedłem też do wniosku że bez względu na to o której poszło się spać to łatwiej wstać w okolicach szóstej godziny niż siódmej. Nasz opiekun był strasznie fajną osobą, osoba z działu BHP u której ciągle się meldowaliśmy także. Panowie których pomiary miałem okazje zapisywać w dzienniku też bardzo fajne osoby. Czas spędziłem naprawdę świetnie i zastanawiam się nad wakacyjną pracą tam. Kto wie, może sprawdzę się lepiej niż u tego gościa od ogródków, aż ciarki mnie przechodzą na myśl o trawie w rolkach.

W trakcie praktyk wyszło także ciekawe spotkanie z tą moją bardzo fajną koleżanką. Początkowo to było spontaniczne zaproszenie na kisiel w kubku a ostatecznie skończyło się na kilku bardzo fajnych godzinach przed telewizorem które sobie po prostu przegadaliśmy, po wszystkim ją jeszcze odprowadziłem jak na dżentelmena przystało. Potem sobie tylko żartowałem że „Zaprosiłem ją tylko na kisiel, co poszło nie tak”. Może kiedyś będę bardziej odważniejszy w tych sprawach, zobaczymy.

Powrót do szkoły, z racji tego że inni wciąż mieli praktyki to u nas było maksymalnie 6 osób na lekcjach. Świetna sprawa, masz 100% szans stania przy tablicy na matematyce 😀 Z innych wydarzeń to ponownie spotkałem się z kolegą z Sosnowca i tym z Częstochowy który dodatkowo wziął ze sobą dwie dziewczyny i kolegę. Powód był prosty, jechali na zlot japońskiej motoryzacji w Katowicach i nie wiedzieli jak tam trafić więc mnie wzięli ze sobą (Tak było naprawdę, tylko nie umiem ich przekonać do tej wersji 😛 ). Raz jeszcze przypadkiem spędziłem super dzień wśród maniaków Hond, Subaru i innych tworów. Maszyny piękne, atmosfera świetna i tak dalej.

Przykłady tego na co można było się natrafić

Na początku tylko wszystko zepsuł facet który zabraniał wszystkim robić zdjęcia tłumacząc się tym że to teren prywatny (Parking pod centrum handlowym). Nasze spotkanie odbyło się bez alko więc było jeszcze fajniej 😛 Po wszystkim odstawiliśmy ekipę z Częstochowy do pociągu. Jak się okazało był to pociąg z kibicami, czyli także z oddziałami policji z pałkami, kaskami i wszystkimi. Nasze miny gdy my wiedzieliśmy z kim jadą nasi znajomi, bezcenne.

To chyba tyle. To jak, do zobaczenia kiedyś tam? 😛 Oby nie za długo (Tak, to podchodzi pod kłamstwo powoli).

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie miesiąca

Witajcie!

Wiem, pomyłka o nieco ponad jeden dzień (Patrząc po godzinie opublikowania), ale trochę się zapomniałem po prostu. No ale dobra, nie przedłużając już, witam wszystkich w nowym 2018 roku. Co się zdążyło zdarzyć? O dziwo z nieba spadł śnieg który nawet przez jakiś tam okres czasu się utrzymał. Nie wiem czy powinienem narzekać na brak śniegu, w końcu Katowice i okolice, wg danych pewnego bardzo trafnego gościa od pogody, były rejonem gdzie było najzimniej i najwięcej śniegu spadło do tej pory. Dodatkowo dzisiaj miała zostać zamknięta witryna blog.pl, jak nie dawno odkryłem likwidacja została przesunięta o miesiąc. Czuje się jak podczas oddawania referatu z religii, mówili że na ten dzień a potem się nie da, a potem wyszło na to że coś przekręciłem i zamiast na ostatnią chwilę, 2 dni po terminie, referat oddałem z miesięcznym wyprzedzeniem chyba. Był jeszcze szalony sylwester, przybysze z innych kontynentów w naszej szkole, kręgle… Dobra, od początku.

Cofnijmy się do zeszłego roku. Pierwszy raz w życiu zdarzyło się że mnie ktoś zaprosił na sylwestra, grzechem byłoby nie skorzystać. To była otwarta impreza tramwajowa, wożenie się całą noc ex eLką #2 (O której pisałem nieco tutaj). W moim przypadku zabawa trwała od 22 do 5 rano, chociaż cała zaczęła się o 20 to ja jako że jestem wygodnisiem czekałem aż wagon podjedzie pod tereny bliższe mojemu miejscu zamieszkania (Do Będzina jakoś mi nie po drodze). I tak gdy imprezowy wagon zajechał do Centrum Wszechświata (Czyt. Chebzie Pętla) dołączyłem do grupki imprezowiczów w ilości dwucyfrowej gdzie nawet znalazły się osoby płci przeciwnej. Fajnie było o północy którą spędziliśmy na jednej z pętli w moim mieście. Dałem się trochę ponieść magii tej pory, gdyż zacząłem wydzwaniać do wszystkich. I tak poza rodziną dzwoniłem jeszcze z najlepszymi życzeniami do tej mojej koleżanki, do kolegów, do starego znajomego z tej poprzedniej strasznej wirtualnej firmy (Ale że sam znajomy chyba nic nie zrobił to czemu nie miałbym trzymać z nim w miarę dobrych kontaktów), kończąc na mojej nauczycielce z geodezji.

7 godzin w świetnej atmosferze, przegadane, pośpiewane, poznałem kilka fajnych osób, w tym dwóch przybyszów z Krakowa którzy pożyczyli mi prąd do telefonu. Teoretycznie mógłbym poświęcić cały osobny wpis na tego sylwestra, zwłaszcza że kończąc naszą przygodę w Dąbrowie Górniczej musieliśmy spychać a potem ściągać do zajezdni jakiś zdefektowany wagon bo motorniczemu spaliły się bezpieczniki (Co za pechowiec, jaki sylwester taki cały rok 😛 ). Impreza zakończyła się w Będzinie i wróciłem do domu w jednym kawałku dzięki temu że znajomy mnie podwiózł autem za cenę 10 zł które akurat miałem w kieszeni na wszelki wypadek (Razem z trzema biletami za 2.40 gdybym jednak musiał tułać się komunikacją). Najgorsze wydane 10 zł w moim życiu zapewne, ale jeśli miałbym wybierać między wygodną podwózką autem w jakieś 30 minut a „próbą” dotarcia do domu komunikacją miejską przy totalnej dezinformacji (Nawet strona organizatora nie widziała różnicy między nowym rokiem a zwykłym dniem, podpowiem że w nowy rok są specjalne rozkłady jazdy i ja o tym wiedziałem, ale ciężko było tą wiedzę przełożyć na rozkłady jazdy widoczne w sieci) to powiem że było warto. No i jeszcze, poza pamiątkowymi fotkami (Większość w złej jakości, ale niektóre dające się oglądać, np ta):

Została mi nawet jakaś pamiątka 😀

Przypalona dykta którą do dzisiaj niezidentyfikowany człek położył na grzejnik w chwili mojego wparowania na imprezę. Inni z imprez przynoszą kaca, inni choroby weneryczne, ja przyniosłem dyktę z tramwaju. Jakie imprezy, takie pamiątki 😛

Styczeń rzecz jasna przeszedł głównie na szkole. O relacjach z rówieśnikami nie ma sensu się rozwodzić, bajka. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić że są jak najbardziej normalne bez względu na to jak na to patrzeć. Heh, marzenia się spełniają i myślę że w tym wypadku niczego nie zapeszyłem. W tym miesiącu parę razy odwiedziłem także szkolnego psychologa. Typowa rozmowa o „wszystkim i o niczym” na temat moich relacji, głównie z tą tą koleżanką (No niestety nie ma innego równie istotnego tematu). W przerwie między graniem w karciane gry czy te gry z serii Ogień i Woda przypomniałem panu o tej stronie którą prowadzę. Przeczytał jeden wpis, ten ostatni gdzie wyraźnie pisałem co mi ślina na język przyniesie i zbaczałem z tematu, ba, nawet to zaznaczałem w tekście. Na podstawie tego jednego wpisu (Więcej nie przeczytał, przynajmniej przy mnie) stwierdził że za bardzo odbiegam od tematu (No i jeszcze że za dużo piszę, ale to problem znany od lat). Na podstawie jednego wpisu jest już wyrobione zdanie, to nie jest w porządku jak na mój rozum 😛 Rzecz jasna podzieliłem się z panem moją opinią na temat jego opinii. Poza psychologiem i normalną nauką raz udało mi się zaszpanować moim kolegom z geodezji i paru osobom na korytarzu. Kiedy to postawiłem łatę geodezyjną do pionu. Dosłownie 😛

Patrz mamo, bez trzymanki 😀

W ostatnim czasie dotarły do nas dwie osoby z innych kontynentów. Na wymianę dotarły do nas Australijka i Chinka. Na lekcjach angielskiego mieliśmy prezentacje obu dziewcząt, oczywiście w języku angielskim. Na pierwszym takim spotkaniu prezentowały obie, pokazywały nam swój kraj, opisywały klimat, demografie, zwyczaje i inne takie rzeczy. Przy prezentacji Australijki wszyscy milczeli, ewentualnie niemrawo odpowiadali, w przypadku prezentacji Chinki było trochę więcej odzewu, ja zorientowałem się że za często myli mi się Japonia z Chinami (Jakoś mi bliżej do tego pierwszego niż drugiego, może to przez ostatnie bajki w jakie zacząłem oglądać 😛 ). Nie mniej jednak Chiny też są bardzo ciekawym państwem z ciekawymi tradycjami i, no nie da się tego nie zauważyć, bardzo zaludnionym. Ja osobiście wreszcie mogłem zadać bardzo nurtujące mnie pytanie, czemu oni wszyscy na zdjęciach pokazują te dwa palce ustawione w literę V. Dla nas to jasny symbol, Victoria. Chinka wytłumaczyła mi że ten symbol okazuje jej radość, szczęście, coś w ten deseń. Po prezentacji dostaliśmy za to coś jak matę po której pisaliśmy magicznym chińskim pędzlem z tuszem który po jakimś czasie znikał z tej maty na której były chińskie symbole i strzałki jak je namalować. Te pędzle żeby pisać potrzebowały trochę wody, zabawnie było kiedy Australijka nalewała nam do pojemniczka wodę i jej się przelało, momentalnie wymawiają „Oh shi…” (Tu urwała). Oczywiście wszyscy w śmiech bo wszyscy wiedzieli co chciała powiedzieć 😀 Na następnych zajęciach Chinka miała drugą prezentacje, i tylko ona bo Australijka spała w najlepsze (Różnica stref czasowych ją dopadła?). Tym razem pokazywała nam jej święta narodowe. W trakcie prezentacji telewizor odmówił posłuszeństwa (Problemy z dźwiękiem). Wiadomo że dość często popadam w nietakty a mój błyskotliwy umysł tylko mi w tym pomaga. Jeszcze trochę a na całą salę powiedziałbym dość stereotypowe dla nas „Chińskie badziewie”. Odważyłem się podzielić moją złotą myślą tylko z kolegą siedzącym obok który w moment się poskładał ze śmiechu. Po zajęciach, wspierany przez trójkę kolegów (Wsparcie psychiczne) i panią z angielskiego (Tłumaczenie miejscami), powiedziałem jej że bardzo podobały mi się jej prezentacje, że fajnie się jej słucha i że jest bardzo fajną osobą. Spytałem się też o jakąś prezentacje na temat chińskiej infrastruktury drogowej czy też komunikacji miejskiej. Niestety takowej się nie doczekałem, więcej zajęć przed feriami nie było, więcej nie będzie. Ale trzeba przyznać super doświadczenie, zwłaszcza że można trochę poćwiczyć wypowiadanie się po angielsku tak bardziej w życiu codziennym.

W jedną z sobót miała miejsce impreza urodzinowa tej mojej koleżanki. Prezent dla niej wybrałem świetny, sam nie chciałem wierzyć w to że mogłem wpaść na taki genialny pomysł. Niestety, Poczta Polska mnie zawiodła i prezent doszedł kilka dni po imprezie. Tego dnia którego miała miejsce impreza zostałem na szybko wezwany do pomocy w przeprowadzce, więc kupienie zastępczego prezentu (Czyli perfum) powierzyłem mamie która kupiła perfumy w konserwie (Otwierało się to jak konserwę). No cóż. Sama impreza też bardzo fajna, chociaż poszedłem tam z lekkimi obawami to wyszło całkiem spoko, mała grupa którą szybko poznałem, trochę gadania, trochę śpiewu, dużo muzyki którą ostatecznie ja puszczałem (A rzecz jasna puszczałem to co ostatnio mi wpadło w ucho a po tak długim czasie lista moich ulubionych utworów znacznie się wydłużyła, tym typem jest Nightcore i pisałem o tym bardziej tutaj). Poza odbijaniem między sobą balona, graniem w Monopoly (Gdzie mnie oskubano na 14 milionów) i dźganiem mnie czymś od krawca to było świetnie, wychodząc z domu gdzieś koło 1 wróciłem dopiero o 1 😛

Nie wiem czy powiedziałem to ostatnio wprost ale spodobało mi się zmywanie naczyń, w końcu grało to w parze z moim ostatnim nie spaniem po nocach. Poza jedną dużą raną w palcu środkowym prawej dłoni moje zmywanie przyczyniło się do wykorzystania jednego kubika wody więcej niż normalnie. Teraz w domu za bardzo nie chcą żebym zmywał 😛 Swoją drogą, zauważyłem jedną rzecz, mianowicie wielkość moich dłoni nie pozwala mi za bardzo wsadzić ręce do szklanek w celu dokładnego ich przemycia. Siłą rzeczy niektóre czynności domowe są stworzone dla kobiet. Nie chce zabrzmieć jak szowinista, przecież sam ostatnimi czasy stoję godzinami nad zlewem i poleruje kolejny garnek zastanawiając się jakim cudem mama go tak uświniła, ale stwierdzam że zmywać jest łatwiej kobietom, przynajmniej w niektórych aspektach bo ta czynność wymaga dość silnych, jak lubię mówić, zwieraczy w dłoniach, szorowanie trzymanego na zlewie garnka nie jest zbyt wygodne, a mycie trzymając go drugą ręką jest jednocześnie wygodne pod względem pracy, ale ciężkie dla dłoni. Aż mi się przypomniał suchar dlaczego kobiety mają mniejsze stopy. Żeby stać bliżej zlewozmywaka.

Dość kiepskie miejsce by pozwalać sobie na takie żarty, zwłaszcza że większość odbiorców mojego bloga to kobiety. Tak więc z góry przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

Mój problem ze spaniem jednak zaczął mi mocno doskwierać kiedy opuściłem aż jeden dzień w szkole, zacząłem przysypiać na lekcjach no i przegapiłem kilka matematyk, a jak wiadomo nie bycie na matematyce to proszenie się o kłopoty. Ze skrajności w skrajność jak to mówią, bowiem zamiast nie spać do 4 swój cykl dobowy obróciłem wręcz o 180 stopni, zacząłem chodzić spać o 20-22 a wstawać o 4, dodatkowo rano popijając „kociołkiem panoramixa” (4 torebki herbaty jeżynowej i 2 duże łyżki herbaty). Jak to mawiają moi koledzy „dobre kopie”. Z drugiej strony budzenie się o 4, potem siedzenie przez kilka godzin przy kompie a potem pójście do szkoły. Trochę zabawne, zawsze było odwrotnie. Ten stan utrzymałem przez 2 tygodnie, w międzyczasie nawet do naszej klasy przyszli dyrektorzy w sprawie nie chodzenia na pierwsze lekcje. Wyczułem moment, bo akurat ja byłem wtedy już czysty 😛 Teraz z racji ferii powracam do starszych nawyków, oby to nie zostało po feriach.

Tematem który się u mnie przewija są też praktyki zawodowe. W grudniu zeszłego roku chyba opowiadałem o tym jak byłem u takiego jednego gościa w tej sprawie. Dokładnie miesiąc po rozmowie przez domofon napisałem do niego na maila czy aby na pewno chce tych dokumentów o jakich mówił i przypomniałem o jakie praktyki chodzi. Okazało się że na praktyki nie przyjmuje. Na tydzień przed feriami powstał problem, można powiedzieć że płacę teraz za to że tak długo z tym zwlekałem. W międzyczasie znalazłem najbardziej nieuchwytnego człowieka w naszej szkole, czyli pana od praktyk. Powiedział mi jako tako jak to powinno przebiegać i tak dalej oraz dał mi namiary na możliwe miejsca gdzie takowe praktyki mógłbym odbyć. Było tam między innymi GDDKiA, jako że interesuje się przecież infrastrukturą zacząłem myśleć o tym. Ale że to w Katowicach to za daleko to wysłałem maila do mojego miejskiego zarządu dróg z pytaniem czy może nie przyjmują na praktyki geodezyjne. Ostatecznie skończyło się na miejscowej kopalni do której dzisiaj (31 stycznia), jak to mama ładnie opisała, spiąłem poślady i tam pojechałem w celu dowiedzenia się co i jak. Pojechałem, dostałem przepustkę, wbiłem, dowiedziałem się że najlepiej jak szkoła najpierw wyślę pismo że jestem zainteresowany praktykami na kopalni i tak dalej. Oddałem przepustkę, telefon do szkoły „Czy jest pan od praktyk?”, „Nie ma, swoją drogą, trochę późno się zabrałeś za ten temat (Tak luźnym językiem to tłumacząc)”. Póki co wysłałem wiadomości do pana „ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” i czekam na odpowiedź. Drugą sprawą jaką chciałem załatwić w ferie jest to nieszczęsne prawo jazdy. Tak jak mówiłem wielu osobom, chociaż tą teorie zaliczyć by mieć spokój. Obawiam się tylko że przerośnie mnie moja duża chęć posiadania „plastiku” i po prostu nie dam rady na spokojnie do tego podejść. No i ten czas jak dawno temu siedziałem w eLce, no sam sobie szkodzę odkładając rzeczy na później…

Jeszcze tak dla pamięci, w dniu maturzysty, czyli dzień przed feriami wybraliśmy się klasą na kręgle. Ja z tą moją koleżanką poszliśmy rzecz jasna z buta do centrum miasta do kręgielni mieszczącej się w Centrum Handlowym. Też było super, szczególnie jeśli chodzi o atmosferę, nawet zacząłem wymiatać w pierwszej godzinie 😀 Tak tylko wspomnę że z nami poszła Australijka, niestety nadal mało kto z nią rozmawiał (No poza osobą która ją przenocowywała) Koledzy potem mi zaproponowali posiedzieć jeszcze jedną godzinę „Bo jest fajnie”, miałem lekki dylemat bo chciałem rzecz jasna wrócić do domu z tą koleżanką, po drodze coś tam pogadać czy coś, ale zanim podjąłem decyzje to ta sobie poszła więc „sumienie miałem spokojne”. Aczkolwiek mogę powiedzieć że miałem lekki dylemat, kobieta czy znajomi.

To teraz wróćmy do ferii, bowiem za 1.5 tygodnia przybywa do mnie kolejny przybysz, przyjaciel z Kalisza mnie odwiedza. Wreszcie się tego doczekałem. Swoją drogą ten korzystając z tego że do mnie przybywa wyhaczył okazje by zakupić sobie grę której nie ma u niego. Ta historia jednak tak mnie „poruszyła” że tuż po powrocie opisałem ją na Forum Polski Wieżowców w wątku o wdzięcznej nazwie „Polska na kozetce” gdzie mogłem na spokojnie się „wypłakać”.

„Życie pisze takie scenariusze”

I to by było na tyle. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

 

Podsumowanie przenosin na nową witrynę

Witajcie!

Tak trochę nietypowo dzisiaj opiszę co się działo „za kulisami” awaryjnego przenoszenia „mojego teatrzyku” w nowe miejsce.

Zacznijmy od tego czym już się z wami dzieliłem czyli otrzymaniem mailem wiadomości od Onetu oraz pierwszym główkowaniem co dalej (Gdzieś niżej o tym wspominałem). Ostatecznie stwierdziłem że wybiorę jednak platformę WordPressu, przemawiało za tym też to że, tak jak uprzedził mnie znajomy pod wpisem na Facebooku, mogę swojego bloga eksportować i importować tutaj. Z doświadczenia wszystko robię na ostatnią chwilę więc się sam sobie dziwię że tak wcześnie się za to zabrałem, a było to raptem kilka dni temu kiedy wszedłem na tą stronę i nawet się okazało że mam tu konto. Coś jak Twitter? Zakładasz, zapominasz że założyłeś a potem po latach się dziwisz że masz tu konto? Słyszałem gdzieś taką teorię i u mnie się sprawdziło, serio.

Bloga sobie uprzednio wcześniej pobrałem. Na chłopski rozum powinno być całkiem łatwo, teoretycznie to są bardzo zbliżone do siebie serwisy. Na początku starałem się tak dobrać układ strony by był w miarę podobny do tego ze starego miejsca. Układ strony jeszcze ujdzie (Np widgety z prawej strony które dopiero się przekonam czy działają tak jak zakładałem kiedy pojawi się trochę więcej ruchu na stronie), chociaż szukałem czegoś na wzór poprzedniego (Niestety sam wątpiłem w obecność czegoś co nazywa się Onet Motyw). No i szczerze mówiąc za tym konkretnym (Który był jako tako domyślny, albo automat wylosował mi taki) przemawiały te małe odnośniki do stron społecznościowych z miniaturkami ich logo. Dodatkowo możliwość sygnowania strony moim avatarem (I możliwość dodania go jako miniaturka witryny, ale to już nie kwestia szblonu). Małe rzeczy a cieszą, chociaż moje oczy.

Gorzej było z innymi elementami, tło nagłówka z tramwajem ni jak dało się znaleźć w dużym rozmiarze, tak samo kolory. Zależało mi na tym żeby odnośniki były widoczne i chciałem ten czerwony kolor. Niestety przy moim obecnym darmowym koncie do wyboru mam tylko palety które teoretycznie mogę edytować. Szkoda że np przy obecnej palecie odnośniki są czerwone tylko jeśli nie zmienię pozostałych barw (Zrób stronę błękitną a odnośniki będą w podobnym kolorze).

No ale dobra, stronę doprowadziłem do stanu w którym jest w miarę czytelna i funkcjonalna, pora ją uzupełnić w treść. Jak wspominałem wyżej mogę importować plik tutaj. Dobra, jak to zrobić? Szukam, mam. Trzeba pobrać wtyczkę która mi na pozwoli. Super, wtyczkę znalazłem i… zaraz, nie mogę pobrać? Aha, przyczyna znaleziona. Będę mógł pobierać wtyczki w przypadku wykupienia najdroższej możliwej subskrypcji. No super, pozostała mi tylko najprostsza możliwa metoda, kopiuj wklej. Na monotonnej pracy zeszło mi jakieś 4 dni. W tym czasie dokonałem kilku korekt we wpisach (Które rzuciły się w oczy w trakcie szybkiego przeglądania) oraz sobie poczytałem co to kiedyś było (Lepszej okazji na wspominki mieć nie mogłem). Pomijając dwie sytuacje gdzie czytałem i się zastanawiałem o co może chodzić (I krótkich załamań z tego powodu że ja taką dobrą pamięć mam do wspomnień a tu lipa) to się zacząłem zastanawiać jak to kiedyś musiało wyglądać z perspektywy właśnie przypadkowego czytelnika. Blog osoby która momentami jakby sobą gardziła. Zapadł mi termin „cofnięty w rozwoju” który faktycznie kiedyś stosowałem na przemian z innymi podobnymi znaczeniowo stwierdzeniami. No albo pisanie momentami w taki sposób jakbym był ofiarą depresji. Co do tego pierwszego to przynajmniej ja siebie rozumiem, bo nazywałem siebie tak bo tak jakoś łatwiej było mi się z tym oswoić, w końcu mówienie głośno że mam Zespół Aspergera (Mówię tutaj o dosłownym mówieniu tego na głos) wciąż nie przychodzi mi łatwo i nadal nie wiem czemu. Teraz to jakoś inaczej nazywam lub po prostu nie poruszam tego tematu, po co ktoś ma wiedzieć skoro dążę do tego by nie dało się tego po mnie poznać czy coś w tym stylu. Temat Aspergera jest u mnie wciąż takim który raz poruszony sprawia że nie poruszam go potem przez dłuższy czas. Wiedzę na ten temat opieram głównie na Wikipedii, tym co przeczytam w necie u innych osób, między innymi u autora strony Asperger i życie z zespołem aspergera oraz jakimiś własnymi przemyśleniami analizując „siebie”. Ale weź tylko wspomnij o tym w towarzystwie. Bo ty taki albo taki albo sobie najlepiej wymyślasz. Najlepszy w tym wszystkim jest wciąż ojciec który chyba wciąż nie może się pogodzić z tym że jestem jaki jestem (Przynajmniej tak sądzi mama bo ja bym na to w życiu nie wpadł). Z drugiej strony czym można jeszcze usprawiedliwiać to że jak coś o tym powiem na ten temat to potem mówi mi że to wcale tak nie jest i inne podobne rzeczy.

Dobra, wyrzuciłem to z siebie. W prawdzie nie w całości i pewnie znowu coś albo nadinterpretowałem czy coś podobnego, ale jakaś tam myśl wyszła, dlaczego nie preferuje podejmowania tego tematu w gronie „normalnych” osób.

Wracając do kwestii technicznych bo odbiegłem znacznie od tematu. Najbardziej monotonnym zajęciem było ciągłe przeskakiwanie o nieco ponad 2 lata wstecz (Wrzucanie postów z maja 2015). To ciągłe klikanie w tą strzałkę to była najgorsza część wrzucania wpisów. Tym bardziej się „ucieszyłem” jak odkryłem opcje że mogę sobie latami przeskakiwać w kalendarzu który się wyświetla przy okazji edycji daty dodania postu, po jakimś setnym to zauważyłem. Na swoje usprawiedliwienie powiem że obszar w jaki trzeba było najechać by pokazały się dodatkowe strzałki był tak mały że pechowo ani razu w niego nie najechałem. No i swoją drogą tak kiedyś narzekałem że tak mało teraz piszę a kiedyś nawet dwa wpisy dziennie. Szczerze, teraz to się cieszę że systematyczność postów spadła, tak to chyba z tydzień czy dwa bym przekopiowywał to wszystko.

Z czasem odkryłem więcej rzeczy, chociaż zdjęcia się ładnie kopiowały to np galerie już nie (Te małe kwadraciki w różnych układach które mogłem osobno podpisywać). Że coś nie działa z tym i będzie trzeba wstawić wszystkie zdjęcia na hosting przypomniało mi że te które wstawiałem na żywca są owszem zapisane, ale właśnie na tamtej witrynie (Połapałem się po odnośnikach). Więc aby nic nie zginęło musiałem wszystkie zdjęcia jakie kiedykolwiek wrzuciłem (Wyszło 90) dać na hosting, potem podlinkować tu i odpowiednio dodać odnośnik. No właśnie, odnośniki. Na tamtej stronie każdy odnośnik otwierał się w aktywnej karcie. Tutaj też tak jest ale mogę to zmienić zaznaczając odpowiednią opcje. Czyli wszystkie odnośniki ze wszystkich wpisów musiałem edytować (No i zmienić te które odnosiły się do innych wpisów, zmienić linki na te z tej strony). Liczę na to że o niczym nie zapomniałem, generalnie jeśli jakiś link / zdjęcie nie otwiera nowej karty lub przekierowuje na starą witrynę byłbym wdzięczny za poinformowanie mnie o tym.

Rzecz której za chiny nie uratuje bądź też nawet nie chce ratować to są komentarze. To prawda, niektóre są wartościowe, szczególnie te pod moim pierwszym wpisem od „wiecznej opiekunki” która dała mi na początku małego powera do pisania. Z drugiej strony po ostatnich falach spamu jakoś nie będę za nimi tęsknił. A no właśnie, zobaczymy czy tutaj mają lepszą ochronę przed spam botami. Obym się nie musiał przekonywać.

A jakie są moje ogólnie wrażenia korzystania z tej witryny? Całkiem dobre, choć stwierdzam że tam miałem dużo większe możliwości, między innymi personalizacji, za darmo. To też tłumaczy czemu Onet zamyka tą stronę, takie czasy jak to mówią. Chociaż wciąż nie łapię tego że przy niektórych wpisach podana jest taka i taka data, w panelu ze wszystkimi wpisami pokazana jest dokładnie ta sama data a na blogu data opublikowania posta jest o dzień cofnięta… Kilka wpisów tak ma, próbowałem to naprawić ale nie potrafiłem. Trochę mnie też boli fakt że tam miałem praktycznie ciągle wsparcie mailowe od supportu za jestem tym wszystkim którzy odpowiadali na moje maile bardzo wdzięczny i przykro mi że nie będę mógł korzystać z ich pomocy. Ja nawet to lepiej podsumuje.

Na głównej stronie blog.pl były jakieś blogi gdzie było napisane jaka ta strona nie jest wspaniała. Nie wiedziałem czy to po prostu wyróżnione wpisy i ktoś faktycznie tak uważa czy zwykła zachęcająca reklama. Osobiście nie napisałbym nigdzie na swojej stronie czegoś na wzór tego co tam widziałem, ale mogę śmiało powiedzieć że blog.pl (jeszcze) jest bardzo fajną witryną na której łatwo można było prowadzić stronę, zamieszczać na niej treści i je sobie na spokojnie edytować bez sięgania do kieszeni. I żałuje że jest to usuwane. Swoją drogą na szybko wyszukałem pierwszy lepszy artykuł na temat tego zamknięcia. Tak jak wspomniałem wyżej myślę że chodzi o pieniądze, tak na chłopski rozum mniej wejść to mniej kliknięć więc też mniej pieniędzy. Więc sądzę że nawet jeśli to aż tak bardzo się nie pomyliłem.

Znowu odbiegłem od tematu gdyż ogarnęła mnie lekka nostalgia. Czym sobie na pewno będę zachwalał tą stronę? Statystyki. Oj tak, uwielbiam statystyki. A ta strona śledzi ich dużo, między innymi dowiedziałem się że dwa wyświetlenia z dzisiaj (Albo wczoraj, w zależności jak interpretować) pochodziły aż z USA. Ktoś sobie zmienił adres IP czy faktycznie słyszeli o mnie za oceanem? 😛 No i jeszcze mała ciekawostka, jakiś algorytm oblicza ile czasu teoretycznie powinno zająć przeczytanie wpisu. Między innymi dowiedziałem się że ten ostatni z grudnia który ma ponad 5000 słów to blisko 30 minut czytania. Kilka godzin klepania w klawisze dla 30 minut, ciekawe. Witryna także obsługuje polski język więc bariera językowa pojawi się tylko w przypadku gdy będę potrzebował faktycznie pomocy, a w dzisiejszych czasach to żaden problem.

Generalnie na sam koniec chciałbym powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Na początku grudnia napisałem tam drobny wpisik co by automat nie usunął bezlitośnie mojej strony bez śladu. Jestem geniuszem i w prosty sposób obszedłem system. System okazał się jednak sprytniejszy, usuwa całą stronę. Zabawne, nieprawdaż?

I tym akcentem kończę ten wpis. Bardziej standardowe podsumowanie rzecz jasna w przyszłości, ale wątpię by w tak odległej jak ostatnio. Mam tylko nadzieję że nie usuną strony na której hostinguje zdjęcia, kopiowanie i przenoszenie blisko 2.400 zdjęć i screenów to byłby dla mnie koszmar. A ja z kolei idę zmywać naczynia, w końcu dochodzi godzina 4, a ja zacząłem się lubować w nocnym zmywaniu, szkoda że nocne zmywanie ciężko pogodzić ze szkołą.

Dziękuje serdecznie za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie ostatniego czasu

Witajcie!

Kolejny rekord braku wpisów pobity? Szczerze to nawet ja przestałem liczyć. Będąc z wami szczery pierwsze koty za płoty na temat tego wpisu zostały już napisane bagatela 2 miesiące temu. Tylko dla odmiany zamiast zrobić raz a porządnie w trakcie prac wena się zapodziała. Jest w tej chwili (Jak edytuje wstęp) 30 grudnia, 01:30 i doszło do mnie że zostało strasznie mało czasu w 2017 roku. Obiecałem sobie w tym roku coś napisać i przynajmniej siebie spróbuje nie zawieść.

Generalnie bez względu na to jak od miesięcy planowałem napisać ten wpis, jak go podzielić żeby to miało ręce i nogi (Nawet w moim przypadku jest awykonalne opisanie każdego kolejnego dnia z trzech miesięcy), wprowadzając was powiem tylko że do opisania są trzy główne historie z którymi chciałbym się podzielić (Z jedną nawet muszę bo osoba towarzysząca nalega od dawna i obiecała mi już gruszki na wierzbie w nagrodę za opisanie). Tematy poboczne (Czyli jakieś mniejsze wstawki z tego okresu) albo pojawią się pod koniec albo może gdzieś w trakcie wpadną, kto wie. Tak swoją drogą, trochę to dziwnie będzie wyglądało w wersji finalnej. W tej chwili piszę wstęp do treści którą dopiero za chwilę napiszę, to trochę jakbym pisał kilka wpisów po kolei na żywca w jednym, przekazywanie myśli na bieżąco i to dosłownie. W sumie sam jestem ciekaw z efektów mojej pracy poniżej, może ktoś poza mną też będzie. (Dopisane po napisaniu, wyszło bardzo dużo tekstu, więc miłej lektury)

Pierwsza rzecz jaką chciałem się podzielić jest mój kurs na prawo jazdy. W momencie jak pisałem to wcześniej byłem nieco dalej niż w połowie. Teraz jestem dawno po kursie, ba, nawet byłem na teoretycznym państwowym (I fakt że na nim byłem znacie póki co tylko wy i wybrane osoby z najbliższego otoczenia). Początek był 27 września, ostatnie jazdy miałem 13 listopada, tak dokładne daty mam ze swojego zeszyciku z teorii który, niczym czerwcowe śniadanie w okresie wakacyjnym, zadomowił się w moim plecaku na dobre. Nauka wyglądała tak, pierwsza godzina plac gdzie mi pokazano do czego są pedały i lusterka, a na drugiej wyjechałem już na miasto (W moim przypadku zurbanizowany obszar oraz bardziej wyludniony niedaleko centrum). Następnego dnia nawet miałem okazje przejechać się eLką koło mojego domu. Potem to już częściej kręciłem się po centrum i północy mojego miasta (Razem z terenami zagranicznymi czyt. miasto które odłączyło się od mojego miasta), oczywiście na przemienne z krótkimi sesjami na placu gdzie ćwiczyło się łuk i ruszanie z ręcznego na samym początku dwugodzinnych jazd. „Zagraniczne miasto” uważane za postrach kursantów, szczególnie że podwójny STOP, stop dla dróg podporządkowanych a samo skrzyżowanie dróg znajduje się dokładnie obok zawężonego tuneliku pod linią kolejową gdzie pojazdy bez pierwszeństwa też mają stop. Już pomijam że w całym mieście znajduje się dużo luster i jest na pewnym obszarze bardziej jednokierunkowe. Wbrew moim początkowym obawom (Przed rozpoczęciem praktyki) czułem się dobrze za kierownicą. Oczywiście zdarzały mi się wpadki, np kiedy podczas ruszania coś nie teges puszczałem pedał sprzęgła i auto poruszało się niczym sinusoida strasznie szarpiąc (Coś na wzór tej blondynki z programu Nauka Jazdy). Albo kiedy próbowałem bawić się „w dentystę” i wyrwać zęby z kół zębatych z przekładni (Niewystarczające dociśnięcie sprzęgła). Już pomijam te parę razy kiedy wszystko szło nie tak przy próbie ruszenia i ostatecznie z drobnymi pomocami instruktora wciskającego pedały ruszało się paląc sprzęgło które potem bardzo ładnie pachniało. No właśnie, parę słów o moim mentorze. Na początku wytłumaczył że ma donośny głos i że nigdy nie krzyczy na kursantów. Spodziewałem się czegoś gorszego ale muszę przyznać że człowiek bardzo przyjemny. Myślę że dużo się od niego nauczyłem, najbardziej jestem zadowolony że nauczył mnie tankować pojazd z instalacją LPG (eLki na gaz a że rodzinne auto też ma takową instalacje to skorzystałem z okazji). Po kursie miałem także egzamin wewnętrzny który zdałem, chociaż w jego trakcie popełniłem kilka gaf których nie powinienem zrobić (Próba zawrócenia na zakazie skrętu w lewo, zabronione przez przez przepisy, czy też fatalna próba z parkowaniem prostopadłym na parkingu). Trochę minęło od zdania wewnętrznego, ale poszedłem (Z bratem) zapisać się na państwowy teoretyczny, a następnie w jego asyście jakiś czas później, konkretnie 7 grudnia, na owy egzamin, z dużym stresem który niespecjalnie pomógł. Dlaczego o mojej obecności na egzaminie wie garstka osób? Bowiem moje pierwsze podejście skończyło się wynikiem negatywnym, zabrakło trzech punktów. Przekonałem się że faktycznie niektóre pytania są z kosmosu, a pytanie specjalistyczne i do tego ostatnie na którym straciłem te trzy punkty nigdy nie opuści mojej głowy. Poszkodowany krwawi, co zrobisz w przypadku braku jałowych opatrunków. A – Poczekam aż ktoś użyczy mi apteczki B – Zatamuje krwawienie odzieżą poszkodowanego C – Nic nie zrobię (Coś podobnego). Ja zaznaczyłem A, teraz jak o tym myślę z perspektywy czasu uważam że bardzo łatwo te trzy punkty straciłem, w końcu pytania o pierwszą pomoc zawsze są na zasadzie że trzeba zrobić coś natychmiast. Szczerze mówiąc gdyby na moim egzaminie byłyby bardziej pytania o jazdę niż o teorie to dałbym radę. No ale cóż, teraz zbieram odwagę by ruszyć się znowu do WORDu i podejść po raz drugi.

Wpis zacząłem pisać w październiku, bowiem w tym miesiącu zdarzyły się dwie moje wycieczki, jedna szkolna, druga prywatna. Na początek ta szkolna (Którą raczej zostawię w oryginalnej pisowni sprzed dwóch miesięcy, więc początek będzie nieco nie pasujący do obecnie czytanej przez ciebie, drogi czytelniku, treści).

Ostatni czas był związany z paroma wypadami. Tak się stało że główne dwa złożyły się w jednym tygodniu. Pierwszy był szkolny, wyjazd do Zakopanego (Czyli mieszkanie z Białym Dunajcu i zwiedzeniu trzech obiektów geotermalnych i żaden nie był w Zakopcu, ale Zakopiec odwiedziliśmy).

Już na samym początku było źle, bowiem przed weekendem dzielącym mnie od wyjazdu złapałem infekcje wirusową. W 3 dni musiałem wyzdrowieć by móc pojechać. Misja zakończyła się sukcesem (Chociaż wciąż byłem na lekach i na witaminie C) i tak 9 października trochę po 8 wyjechaliśmy naszym busem z przyczepką w stronę Zakopca. Wyjechaliśmy prawie całą klasą geodezyjną (4 osoby) oraz całą klasą OZE (Też 4), poza naszą klasą była jeszcze klasa druga OZE (Ilość nie znana z mojej strony). Już na wstępie czułem że wycieczka będzie super bo kierowca był świetny. Kawalarz który rozbawiał kilkadziesiąt razy całego busa, już po początku wiadomo było że to będzie ciekawe, bowiem na wstępie walnął do nas przez mikrofon z tekstem „[…] I jest zakaz patrzenia w lusterko kierowcy, bo widok mojego ryja zabija”. Faktycznie, w szkole ponadgimnazjalnej jest luźniej, ale tego się nie spodziewałem 😛 A później repertuar muzyki młodzieżowej i klasyki przy których ścierają się gardła (Nie zabrakło rzecz jasna Przez twe oczy zielone). Współtowarzysze z busa wytrzymali ze mną połowę trasy na miejsce. Potem mieli mnie na tyle dość że ciągle mówili żebym zamknął mordę. No cóż, przynajmniej dobrze się zapowiadało.

Dojechaliśmy na miejsce które znajdowało się całkiem blisko naszego miejsca pobytu. Był to obiekt Geotermii Podhalańskiej. Mieliśmy wykład na temat tego czym jest energia geotermalna, skąd bierze się ta ciepła woda oraz jak duży obszar zasila właśnie Geotermia Podhalańska. Widzieliśmy infrastrukturę wewnątrz obiektu jak i odwierty na zewnątrz. Punktem następnym było zakwaterowanie się. Udało mi się dostać dwuosobowy pokój z kolegą z geodezji. Sam pokoik całkiem przytulny. Dwa łóżka, balkon, telewizor z zadowalającą ilością kanałów i bardzo fajna łazienka (Z nieco uszkodzonym kranem który poza głównym strumieniem wody popuszczał silny cieniutki strumień z uszczelki który bez problemu oblewał spodnie). Najfajniej to miała się nasza koleżanka która dostała trójkę w której mieszkała sama (Jedyna dziewczyna na wycieczce). Ale za to jaka trójka, z dwiema szafami (Nawet w jednej później dałem radę się schować, czasem i mnie się zdarzy zrobić coś spontanicznie 😛 ).

Po zapoznaniu się z naszymi mieszkankami pojechaliśmy na Krupówki gdzie udało mi się ponieść chwili i kupić oscypków za 20 zł… Tak fajnie się z tą panią gadało że zaszalałem. Potem powrót do pokojów i spędzenie tam reszty dnia (Przy okazji grając w karty z kolegą i koleżanką która większość czasu siedziała u nas, w końcu kto by chciał siedzieć samemu). Jak się zbieraliśmy spać to zażyłem najlepszego prysznica w życiu. Co innego słuchać o geotermii a co innego poczuć ją na własnej skórze. To piękne uczucie kiedy masz ciepłą wodę bez czekania 15 minut aż zagrzeje się piec i bez strachu że ciepła woda skończy się w momencie gdy masz namydlone całe ciało i całą głowę. Aż się nie chciało wychodzić spod prysznica.

Dzień drugi spędziliśmy praktycznie cały w Białce Tatrzańskiej. Obiekt pełny ciepłej wody, trzech zjeżdżalni (Z czego jedna pod pontony). Ogólnie rzecz biorąc było bardzo fajnie. Ja sobie pozjeżdżałem, nacieszyłem się ciepłą wodą, ba, nawet kilka razy zjechałem z nauczycielem na pontonie. Oczywiście najpierw zaczęliśmy od zwiedzania infrastruktury i odwiertu z którego obiekt czerpie wodę. Ogólnie rzecz biorąc dobrze się bawiłem, pomimo późniejszych dosrywań kolegów którym znowu cierpliwość się skończyła (Chociaż praktycznie cały czas nie zbliżaliśmy się do siebie). W Białce spodobały mi sie też szafki które były otwierane i zamykane na zegarek. Takiego patentu w Tarnowskich Górach (Aqua Park na którym było się wiele razy, ale to już dawno dawno temu) nie widziałem więc to była dla mnie nowość, ale bardzo pozytywna. Wracając z Białki zahaczyliśmy o miejscową Biedronkę, która swoim wyglądałem w jakiś sposób nawiązywała do miejscowej zabudowy (Szpiczasty dach, z czego trójkąt pomiędzy wejściem a szczytem dachu był pokryty drewnem, nawet dobrze to wyglądało). Tak w skrócie minął dzień drugi.

Dzień trzeci minął w kolejnych termach, tym razem był to stosunkowo nowy obiekt bo termy w Chochołowie. Raz jeszcze zwiedziliśmy odwiert i infrastrukturę. Powiem tyle że infrastruktura wszędzie jest taka sama, różni się tylko stan zużycia i pozorny nieład tych wszystkich rur i zbiorników. Potem przyszła pora na relaks na obiekcie. Tak jak w Białce było stosunkowo niewiele ludzi tak tutaj było ich mnóstwo, nie dało się na spokojnie skorzystać z każdej atrakcji. Ja pierwsze co zrobiłem to razem z koleżanką i kolegą polecieliśmy do zjeżdżalni z której Chochołów jest znany. Mowa tutaj o zapadni. Miałem okazje korzystać z tego cudu techniki. Z duszą na ramieniu wszedłem na tą zapadnie która niezachęcająco zaczęła skrzypieć. No i jeszcze informacja że zapadnia jest dla osób z waga do 130 kg też nie była zachęcająca (Byłem na granicy). W każdym razie szybko się dowiedziałem czemu są ograniczenia wagowe. Tak szybko jak szybko rozpędziłem się w tej rurze. Najgorzej było na dole kiedy bolały mnie plecy od przeciążeń a moja prędkość wylała prawie całą wodę z hamowni. Stwierdziłem że jeszcze raz nie idę. Z innych spostrzeżeń, woda na obiekcie (Porównując z prysznicem w naszym miejscu zamieszkania czy w Białce) była strasznie chłodna. Jedyne ciepłe miejsce jakie tam było to sauna. (I w tym miejscu zakończyłem pisać dwa miesiące temu, generalnie zmienię trochę bieg opowieści bo już tamtego nastawienia i szczegółowości być może nie dam rady pociągnąć dalej). Ogólnie rzecz biorąc chodziłem między chłodnym a chłodnym basenem, tyle że jeden był na dworze a drugi w środku. Korzystając z wiedzy jaką otrzymałem od pani z geografii dawno dawno temu przez 30 minut stałem pod płaskim strumieniem wody który silnie uderzał w mój kark oraz barki. W międzyczasie próbowano zrobić ze mnie obiekt żartów ze strony młodszej klasy, jednak darowali sobie po kilku próbach zaatakowania mnie pod wodą gdzie mnie to nie ruszało. Dopiero jak wyszedłem spod strumienia i pomacałem się po swoich mięśniach dotarło do mnie jaki to ja zawsze jestem spięty. Tak jak u ludzi mojego pokroju dotyk jest ważny tak miałem ciągle ochotę siebie dotykać po tych barkach, były takie mięciutkie że nigdy takie nie były. Po dłuższym czasie ulotniliśmy się z term i wróciliśmy do naszego miejsca pobytu z którego się wyprowadziliśmy i wyruszyliśmy w stronę domu. Podróż minęła rzecz jasna w śpiewającej atmosferze, pomijając wulgarne utwory klasy niższej (Które weszły mi trochę w uszy i po powrocie do domu parę razy przewinęły się przez głośniki mojego komputera) były też inne utwory do których cały bus śpiewał, po drodze zatrzymaliśmy się ponownie w miejscu dwóch fast foodów pod Nowym Targiem (I jeśli o tym nie wspomniałem wcześniej to wciąż uważam że wbrew pozorom to świetne rozwiązanie dla wycieczek szkolnych, każdy wybiera bar który chce i nie ma problemu). W trakcie powrotu powiedziałem nauczycielowi (Z mojego założenia w żartach) że wkurzało mnie to że śniadania były o 9 bo wtedy akurat lecieli sąsiedzi w telewizji i nie mogłem ich oglądać. Tą o to kwestią wybuchłem u nauczyciela ładunek wybuchowy który uwolnił z jego ust parę słów które chociaż bolesne to prawdziwe. Mianowicie że moje zachowanie faktycznie samo w sobie denerwuje uczniów klasy niżej i dlatego mnie tak traktują, generalnie chodziło o coś w tym kierunku. Na następnym postoju tam mi niby tłumaczył że to nie tak, no i oczywiście tam doszliśmy między sobą do jakiegoś tam wzajemnego porozumienia (Ja przepraszam i ja też etc), ale wiem że miał racje, chociaż to była nieprzyjemna prawda. No co mam ukrywać, faktycznie moje zachowania są generatorem niektórych zachowań u innych a moje teksty mogą prosić o pomstę do nieba. Tak wiem, jest druga strona medalu że to nie usprawiedliwia ich i tak dalej, racja. Ale jakbym się skupił tylko na tym aspekcie to gdzie wyciągnięcie z tego jakiejś lekcji dla siebie? Dążenie do samodoskonalenia się by być np mniej uciążliwym dla innych? Jestem już dorosły i powinienem też na to w taki sposób patrzeć. Do domów dojechaliśmy, wszystko cacy stuk stuk, oscypki które za oknem trzymały się świetnie trochę gorzej zniosły podróż w walizce, ale były zjadliwe.

A teraz czas na opowieść za którą obiecano mi gruszki na wierzbie czy inne lody z tostera.

Praktycznie 2 dni później ruszyłem z kolejną przygodę. Dokładnie w piątek 13 października po szkole i spakowaniu najpotrzebniejszych manatków spakowałem się i pojechałem z bratem do centrum Katowic gdzie potem sam przez dłuższy czas czekałem na swój środek transportu. Był to autokar którym miałem dojechać do Kalisza. Tak, do przyjaciela z Kalisza. W każdym razie po oczekiwaniu zasiadłem wygodnie koło pewnego pana którego wcześniej spytałem się czy to miejsce jest wolne. Trochę pogadaliśmy i okazało się że świat jest całkiem mały. Wyszło że jest on pracownikiem geotermii podhalańskiej, ponieważ byłem w miarę na świeżo z tematem (W końcu byłem tam kilka dni wcześniej) poza różnymi tematami przewinął się także ten związany z geotermią. Facet wysiadał w Częstochowie, a szkoda. W trakcie tej naszej krótkiej znajomości podzieliłem się jeszcze z nim gumą do żucia zakupioną na stacji benzynowej gdzieś za Siewierzem. W trakcie podróży (Zgodnie z relacją mojego nowego znajomego) pierwszy raz puszczono film w trakcie podróży. Padło na Och Karol, więc nie było czym się nudzić.Gdzieś za Częstochową gdy pokonywałem drogi którymi nigdy nie jechałem (Rzecz jasna w kompletnych ciemnościach) zacząłem się zastanawiać jak łatwo można pojechać daleko od domu, no i zadomowiałem się z nowo poznanym środkiem transportu (Którym oczywiście jechałem sam, tak, dla mnie to dość istotne). Po drodze siedziała ze mną jeszcze jakaś dziewczyna która nie mogła siedzieć ze swoim chłopakiem (Między Katowicami i Częstochową było więcej ludzi niż miejsc i np ktoś siedział sobie na schodach), a w Wieluniu bodajże dosiadła się do mnie miła starsza pani z którą też sobie pogawędziłem. Chyba nawet raz udało mi się przysnąć ale uczucie że w każdej chwili mogłem obudzić się w Kołobrzegu szybko mnie wybudziła (Autokar relacji Zakopane – Kołobrzeg). Trochę po północy dojechałem do pięknego miasta zwanym Kaliszem. W asyście przyjaciela, jego mamy i siostry zostałem zawieziony do ich miejsca zamieszkania w którym (Co dla mnie ciekawe) na samej górze mieści się hostel w którym dostałem pokój. Przed snem trochę pogadaliśmy a ja z powodu wygody sprężynowych łóżek szybciej niż planowałem dałem się oddać snu. Miało to pewne skutki, ponieważ drogi przyjaciel przez nieokreślony przeze mnie czas miał na wyłączność moje podręczne centrum dowodzenia wszechświatem, czyli mój telefon. Na szczęście nie wiedząc jak potężne narzędzie wypełnione strasznymi informacjami posiadał w swoich łapkach zrobił mi tylko zdjęcie jak chrapię i w moim imieniu wrzucił na facebooka. Mieć taką okazje na zrobienie jakiegoś strasznego żartu czy wywołanie trzeciej wojny światowej, a ten mi tylko zrobił zdjęcie. Cóż, ja dopilnuje by więcej nie miał takiej możliwości 😛

Następnego dnia obudziłem się oczywiście już w innej rzeczywistości. Już pomijam fakt że dla mnie dość dorosłej. Sam, daleko od domu i tak dalej. Zostałem zaproszony niżej do ich mieszkania na śniadanie gdzie już bardziej zapoznałem się z domownikami z którymi ma przyjemność mieszkać mój przyjaciel (Pomijając wcześniejsze pierwsze kontakty dzień wcześniej po przybyciu na miejsce). Tego dnia przed główną uroczystością (Tak, później napiszę co mnie do niego w ogóle sprowadziło) poszliśmy zwiedzać Kalisz. Pokazał mi miasto, park, komunikacje publiczną, po drodze zakupiłem sobie mój ówczesny napój bogów czy Mountain Dew i razem z psem zwiedzaliśmy okolice. Pół Kalisza w nogach ale byłem bardzo szczęśliwy. Tak samo dużo nastukałem zdjęć (Do obejrzenia na moim instagramie, 14 października). To teraz na szybko wspomnę co tam w ogóle robiłem. Rzeczony przyjaciel zaprosił mnie na swoje osiemnaste urodziny, do tego listownie. Teoretycznie najlepszym prezentem dla niego była moja obecność ale przywiozłem mu coś z Zakopca (Drewniane serduszko z napisem dla najlepszego kolegi bodajże, innych nie było). Tak więc wracając, wieczorem zajechaliśmy kilka miejscowości obok gdzie odbywała się impreza. Poznałem trochę osób z jego rodziny, też bardzo miłe osoby, no i jak się przy okazji okazało byłem trochę nie najlepiej ubrany (To była bardziej impreza rodzina więc wszyscy w koszulach i tak dalej, a ja w mojej koszulce geodezyjnej 😛 ). Nie mniej jednak, dwa kieliszki wódki się napiłem (Trzeci już odmówiłem, w końcu z definicji nie pije), jednak i tak wykonałem sobie dość dwuznaczne zdjęcie z opróżnioną butelką Soplicy. Chociaż były drobne problemy ze ścieżką dźwiękową (Że sami dorośli to muzyka klubowa czy inne Dubstepy ich nie jarały i chcieli coś spokojniejszego do tańcowania, poratowały nas płyty jednego z jego członków rodziny) to impreza i tak była fajna. Potem wieczorem powrót do Kalisza i do łóżka. Następnego dnia to już niestety smutny dzień gdzie miałem wrócić do domu. Autobusem komunikacji miejskiej przejechaliśmy się większy kawałek do Ostrowa Wielkopolskiego z którego miałem ruszyć pociągiem do domu. Tak, pociągi już miałem nieco obcykane (Podróż do Warszawy w sierpniu), ale to miał być bezprzedziałowiec. Ostatnie pogadanki na dworcu, ostatnie zdjęcia a potem smutne pożegnanie i ulokowanie się w wagonie. Podróż minęła przyjemnie, praktycznie cały czas pędziłem (Pomijając odcinek na rodzimej śląskiej ziemi z ograniczeniami do 40 km/h chyba…) Z na szybko utworzonym planem zamiast wysiąść w Katowicach wysiadłem wcześniej w Zabrzu gdzie skierowałem się po niewielkich problemach w stronę przystanku tramwajowego, a już moim ulubionym środkiem transportu miejskiego do domu.

Liczę na to że opowiedziałem to na tyle szczegółowo że przyjaciel nie będzie zawiedziony. Ale wam powiem jedno. Jak wróciłem do domu to było mi bardzo smutno że to koniec, w końcu pierwszy raz w życiu miałem taką interakcje że pojechałem do kogoś tak daleko, jeszcze mieszkać no i kogoś kto jest mi tak bliski a poznany przez internet. No coś czego sam do końca nie rozumiem. I szczerze mówiąc bardzo mi zależy na tym by on kiedyś przybył do mnie, bym ja mógł mu pokazać moją okolice, mój mały świat, świat oczami aspergerowca bym nawet powiedział 😛 Obym nie czekał wiecznie.

Dobra, najważniejsze wątki skończone, teraz czas na te nieco mniej istotne.

Pamiętacie wątek o mojej wirtualnej firmie? Fajna sprawa, znajome osoby i nowe super fajne i tak dalej? Tak bardzo jak wtedy nie zawiodłem się nigdy. Pod koniec października było ostro między mną a tą tępą babą z Warszawy (Taa, kiedyś koleżanka a teraz tępa baba, a wierzcie mi że chciałbym powiedzieć o wiele gorzej) no i wychodziło na to że obracała ludzi przeciwko mnie. Pewnego dnia był między nami taki dym że ona jako osoba mniej sprawna psychicznie wywaliła na mnie litanie wszystkiego co siedziało jej w tym łbie i stwierdziła że odchodzi z firmy, dopisując na odchodne że to wszystko przeze mnie, że to moja zasługa (Swoją drogą strzał w stopę, przyznać się że ktoś taki jak ja wygonił ją z firmy jej chłopaka? Medal Darwina, bo na nagrodę to za mało). Ja miałem nadzieję że będę miał spokój, w międzyczasie w firmie była rekrutacja na kierownika do spraw reklamy (Reklamowanie wirtualnej firmy, prowadzenie stron w mediach społecznościowych i tak dalej). Że nie było kandydatów zostałem przyjęty i przez kilka dni zgodnie z poleceniem czekałem na instrukcje dzięki którym mógłbym zacząć się spełniać w nowej roli. No cóż, zanim przyszły instrukcje przyszła informacja że szef nie przemyślał wszystkiego i usuwa moje stanowisko (Już wtedy czułem że coś się zbliża). No i wróciło to wredne babsko, ja na nią miałem wywalone (Ignorowałem ją) i jakoś się toczyło, aż pojawiła się ankieta czy chcą mnie w firmie i rzecz jasna wypowiedziało się o mnie kilka osób. No a teraz do sedna, stwierdziłem że bez względu na wynik tej ankiety ja skulam ogon i idę z podniesioną głową na tyle na ile jestem w stanie. W swoim wypowiedzeniu napisałem kilka osób które moim zdaniem uważałem za wartościowe. No właśnie…  Bo jak się okazało to osoby które ze mną dużo siedziały na komunikatorze głosowym, rozmawialiśmy ze sobą i tak dalej, miały drugą twarz. Podłą. Szczególnie jedna która dosłownie do końca póki sam nie wyszedłem z komunikatora siedziała ze mną na nim a kiedy wyduszałem z siebie słowa że pojawiła się taka i taka ankieta udawała że nie wie o co chodzi. Chce to głośno powiedzieć, takiego sk**wielstwa w życiu jeszcze nie widziałem. Już pomijam tą babę z Warszawy, ma nawalone w głowie, trudno. Ale żeby kilka osób do końca udawało że wszystko jest ok, gadało ze mną jak z normalnym kolegą, nie dając po sobie nic poznać a dopiero gdy ona wytoczyła działa to stanąć za nią murem i że od zawsze byli tacy… Po części porównywałem siebie wtedy do Snowballa z Folwarku Zwierzęcego. Wygoniony z Folwarku bo nie pasował innym knurom w kwestii ideologii i planów. Wygoniony siłą i podstępem. Tak to mną wstrząsnęło że nawet rozmawiałem o tej sytuacji z psychologiem. Na wiele to się nie zdało ale miałem kolejną osobę której mogłem się wyżalić. No i pewien paradoks, doszedłem do nich w dzień moich urodzin, a odszedłem 1 listopada. Dojście w dzień będącym symbolem narodzin, odejście w dzień który wg niektórych może być symbolem śmierci lub raczej kojarzone ze śmiercią, w końcu święto zmarłych. Przypadek? Jeśli tak to całkiem trafiony. Jak to teraz u mnie wygląda na polu wirtualnych firm? Doszedłem do tej prowadzonej przez mojego znajomego od Anime. Było kilka sprzeczek między mną a paroma osobami ale mnie to cieszy. Bo przynajmniej te osoby są szczere i prawdziwe. Na dzień dzisiejszy stanowimy świetny zespół bez żadnych konfliktów, ja jestem poniekąd duszą towarzystwa, pomocny w kwestii gry i tak dalej. Żałuje tylko że zmarnowałem czas na wirtualną firmę i na ludzi którzy moim zdaniem byli coś warci, i żałuje że nie posłuchałem się wszystkich którzy mówili bym tam nie szedł. Kiepskie uczucie, tyle wam powiem.

O czym mogę jeszcze opowiedzieć. Kontakty z tą moją fajną koleżanką są na dobrym poziomie. Poznałem nawet jakiś czas temu jej ojca podczas gdy ta koleżanka pomagała mi kupić prezent na wigilie klasową dla innej koleżanki.

Wspomnienie wigilii klasowej (Do której jeszcze wrócę później) przypomniało mi o czymś jeszcze. Pewnego razu gdy spadło trochę śniegu postanowiliśmy nagrać jak kolega driftuje swoim Citroenem Berlingo (Znaczy się mi zależało na nagraniu, już miałem w głowie zmontowany film, brakowało tylko by kolega pojechał idealnie). Cóż, z nagrywania wyszło nic, a koledze skończyło się paliwo. Po lekcji WF i dowiedzeniu się od brata czy mamy jakiś kanister skoczyłem do domu po owy przedmiot do transportu paliwa i razem z resztą eskapady ruszyliśmy na stacje benzynową zatankować diesela, skąd potem wróciliśmy do jego auta (Trochę się nachodziliśmy). Napełnienie zbiornika tym czym mieliśmy, próba uruchomienia auta na pych… Męczyliśmy się z pchaniem auta strasznie aż w końcu na innym parkingu się zatrzymaliśmy i zaczęliśmy odpompowywać układ paliwowy. Po kilkudziesięciu minutach (I odejściu kilku osób z grupy ratowniczej) udało się przywrócić Berlingo do życia. Potem kolega polatał z nami trochę bokiem (Szkoda że tego nie nagrałem) i odwiózł mnie do domu. Dawno nie poczułem się tak dowartościowany, bo tego dnia byłem bardzo pomocny, nie tylko jeśli chodzi o kanister. W domu potem opieprz że dałem kanister na benzynę koledze z dieselem, ale i tak byłem z siebie dumny.

Właśnie ta sytuacja sprawiła że na wigilię klasową poza jakimiś kosmetykami dla koleżanki postanowiłem skołować od ojca kanister który potem dałem koledze. Jak się okazało był to jedyny prezent jaki tego dnia dostał, poruszyło go to że dostał ode mnie kanister chociaż go w ogóle nie wylosowałem. Życie jest piękne, chciałoby się powiedzieć.

Póki jestem jeszcze w bardziej radosnych klimatach to powiem jeszcze kilka słów o muzyce która mi towarzyszyła ostatnimi czasy. Kolega od Anime bardziej wciągnął mnie w temat, pokazał mi kolejną rzecz jaką jest wirtualna piosenkarka – hologram o nazwie Hatsune Miku. Ja wam tego nie wytłumaczę tak żeby każdy z was w 100% zrozumiał co to jest. Ale od czego są inne witryny o wiele bardziej siedzące w temacie ode mnie? (Dla bardziej ciekawskich polecam pobuszować po stronie w celu wytłumaczenia sobie np co to ten cały Vocaloid). W każdym razie to jest jedna para kaloszy którą poznałem już jakiś czas temu (I tak mi się spodobało że niektóre elementy wyglądu mojej przeglądarki czy mojego Steama sobie zmieniłem na takie by nawiązywały do tej postaci. Tak, ludzie mnie potem nazywali dziwakiem (Jakbym do tej pory nim nie był 😛 ). W kwestii muzyki to jeszcze nic bo całkiem nie dawno, dzięki bratu, odkryłem rodzaj muzyki o nazwie Nightcore. Są to przeróbki utworów gdzie głównie przyspiesza się utwór i zwiększa tony. A z resztą, tutaj też posłużę się tym że ktoś wie więcej ode mnie.

Po dłuższym szperaniu playlista z moimi ulubionymi utworami ma już 40 pozycji których słucham sobie na okrągło (Nawet teraz jak piszę ten wpis). I powiem tyle że dawno nie czułem tego przyjemnego uczucia kiedy słuchasz jakiegoś utworu i strasznie cię cieszy to że go w ogóle słyszysz. Piękna sprawa, dla mnie coś jak druga młodość (Zabrzmiałem chyba strasznie staro).

No dobra, chyba pora przejść do czegoś smutniejszego.

Minął właśnie okres świąteczny, dla większości z was pewnie czas radości i tak dalej. No u mnie w tym roku było trochę gorzej. Tak się zdarzyło że 18 grudnia nie poszedłem do szkoły, przeziębienie nie jednego mężczyznę w końcu pokonało. Rano czytałem na grupie na facebooku z informacjami drogowymi że na takiej jednej znanej wśród miejscowych drodze (Wzdłuż autostrady, w środku lasu, asfalt może i dobry ale raczej wąska jest ta droga, jeden błąd i cię nie ma) zdarzył się wypadek, potem informacja że śmiertelny. No ok, zdarza się, szkoda człowieka. Kilka godzin później, trochę po południu dostałem niecodzienny telefon. Jak się okazało tą osobą która tego dnia straciła na tej perfidnej drodze życie była moja koleżanka z dawnej klasy. No cóż, w miarę na spokojnie przyjąłem tą informacje, bo z drugiej strony nie wiedziałem co powiedzieć i jak się zachować. Tego dnia telefon zadzwonił jeszcze raz gdy dowiedział się o tym mój inny przyjaciel (Który mieszka o wiele bliżej niż leży ode mnie Kalisz), przyjaciel właśnie z dawnej klasy. Takiego milczenia w słuchawce z jednej i drugiej strony to nigdy nie miałem. Generalnie straszna sprawa i wciąż za bardzo nie wiem co o tym myśleć (W sumie najprościej to zapomnieć). Potem już tylko informacje o tym kiedy pogrzeb, moja decyzja że się zjawie, klasowa zbiórka na wieniec i tak dalej. Swoją drogą patrzyłem co jakiś czas na zdjęcia z wypadku, jej auto leżało na dachu. A raczej na karoserii bo dachu i przestrzeni pod nim już nie było. Dzień później po tej tragedii kiedy wróciłem do domu po zakupach z koleżanką (Kosmetyki na wigilie klasową, mówiłem o tym wyżej) zadzwonił do mnie przyjaciel z Kalisza który był „tyle” od próby samobójczej. Cóż, chyba godzina siedzenia na słuchawce, uspokajania go, rozmawianie z nim i tak dalej aż w końcu doszedł cały i już spokojny do domu. Stwierdziłem że coś dziwnego się dzieje w moim życiu, wczoraj mi umarła koleżanka a dzisiaj przyjaciel chciał się zabić. „Co raz bliżej święta”. Taa, uwielbiam te swoje chłodne kalkulacje i podchodzenie od tak sobie do sytuacji gdzie podchodzenie do nich od tak sobie jest nie wskazane, w końcu kto z was rozmawiałby sobie od tak o śmierci kogoś z kim się spędziło 9 lat życia? W sumie dla mnie to była tylko znajomość, a tej koleżanki od 3 lat nie widziałem, no ale jednak ją znałem. No i jeszcze późniejsze domowe przygotowania do świąt bożego narodzenia gdzie w środku nocy gdy z mamą dekorowaliśmy pokój to najpierw zepsuła lampki choinkowe a potem zniszczyła (Z moją niewielką późniejszą pomocą) swoją słynną 58 letnią bombkę choinkową. Płacz rodzicielki to dla mnie straszna sprawa, ale ktoś musi ją pocieszać w beznadziejnych sytuacjach. Wtedy wiedziałem że te święta raczej nie będą normalne. No ale mniejsza, na pogrzeb w każdym razie miałem się wybrać, razem z przyjacielem ze starej szkoły. Piątek, po wigilii klasowej trzeba było spoważnieć, i pojechać, paradoksalnie tą perfidną drogą, do kościoła. Pierwszy raz jechałem z nim autem, a że byliśmy spóźnieni (Bo kochana mam wysłała nas jeszcze do Biedronki po parę rzeczy) to jechaliśmy szybko. Z doświadczenia wiem że jak kierowca zasuwa to najgłupszym pomysłem jest głośne protestowanie, serio, jeśli już zasuwa to niech się na tym skupi co by nas nie zabił potem (Jak po powrocie opowiedziałem to bratu to całkiem słusznie nazwał nas kretynami, w końcu spieszyć się na pogrzeb? Chyba swój własny). Nieco spóźnieni, ale że msza żałobna się przeciągnęła to było ok. Na początku staliśmy poza kościołem, cała masa ludzi się zebrała, potem kiedy można było okrążyć ołtarz i pomodlić się do trumny (Swoją drogą już wiem co się znajduje za ołtarzem w kościołach. Nic tam ciekawego nie ma). Potem ulokowaliśmy się pod ścianą w środku gdzie dostrzegałem trochę znajomych twarzy. Długo patrzyłem, to na trumnę, to na jej zdjęcie koło trumny, powoli do mnie dochodziło co ja tu robię, co się stało i tak dalej. Jeszcze przemowa mamy zmarłej koleżanki, słowa księdza który w imieniu zmarłej koleżanki czytał „jej” list z podziękowaniami (W końcu koleżanka odeszła bez pożegnania, w najgorszy możliwy sposób i w najgorszym możliwym okresie), dźwięk orkiestry i tak dalej… A potem już przemarsz konduktu na pobliski cmentarz gdzie widziało się jeszcze więcej znajomych, ceremonia wkładania trumny do grobu i potem już pogawędki ze znajomymi. Rozbitymi znajomymi. Poważnie, bardziej od tej sytuacji przygnębiał mnie widok moich starych znajomych którzy byli tym wszystkim przybici (Co jest dla mnie zrozumiałe, byli z nią bardziej zżyci niż ja z nią). Boli mnie jeszcze jedno, od dawna chciałem się spotkać z nimi jeszcze raz, w naszym gronie. I się spotkaliśmy, tylko w jakich okolicznościach…

To tyle jeśli chodzi o realny świat, pozostaje na koniec jeszcze jedna kwestia.

Właściciele strony na której znajduje się mój blog zrobili mi, i pewnie nie tylko mi, brzydki prezent na święta i ogłosili że zamykają stronę 31 stycznia. Chciałbym powiedzieć że mam plan, ale póki co jeszcze nic rozsądnego nie wymyśliłem (Chociaż był pomysł by wykupić od znajomego informatyka stronę i tam coś stworzyć, ale poszukam prostszej alternatywy). Szczerze mówiąc to mnie też smuci, 2 i pół roku gapienia się w prawie ten sam interfejs (Przeszedł dawno temu zmianę), uczenie się obsługiwania tej strony, dodawanie zdjęć, linków, sam wygląd bloga i tak dalej. Zostanie mi to zabrane, a ja będę musiał raz że ogarnąć stare wpisy by nie przepadły (Można pobrać jakiś tam plik z nimi a potem gdzieś go załadować i powinno być ok ale mam wątpliwości, muszę się jeszcze popytać) i powiedzmy że zagwarantować przyszłość tego bloga.

Tak wiem, cienko z wpisami i wciąż się dziwie że ktoś tu zagląda. Z drugiej strony, w ciągu całego okresu mojego bytowania tyle tekstu z siebie wyplułem że chyba nie muszę dużo pisać, innym chyba starczy to co już napisałem. A może to moje błędne myślenie?

No cóż, w każdym razie życzę wam szampańskiej zabawy w sylwestra, udanego 2018 roku i obyśmy się spotkali jeszcze na tej starej stronie.

Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!

Podsumowanie tygodnia

Witajcie!

Kolejny tydzień za mną. Jeszcze jeden a wrócę do żywych jeśli chodzi o „internety” (Znowu się zacznie granie i gadanie ze znajomymi przez komunikator głosowy to sobie może o mnie przypomną 😛 ). Czym ten tydzień minął?

W poniedziałek po powrocie ze szkoły znalazłem coś na swoim biurku. Wiecie w jakich czasach żyjemy, w jednej chwili możesz powiedzieć komuś z drugiego końca globu żeby spadał na drzewo, albo że zazdrościsz mu ciepłej pogody kiedy u ciebie leje od tygodnia. Co otrzymałem? Dostałem list. Normalną białą papierową kopertę z adresem moim, adresem nadawcy, znaczkiem pocztowym oraz z pieczątką z poczty. Był to list z Kalisza. Co było w środku? Dostałem fizyczne, papierowe zaproszenie na osiemnastkę przyjaciela z Kalisza. Paradoksalnie to był pierwszy list od kogoś znajomego który dostałem w życiu (Listów od mBanku czy szkoły językowej dzięki której jeździłem do Jastrzębiej Góry nie wliczam). Co prawda coś tam dukał że mi wyślę zaproszenie, ale szczerze mówiąc nie spodziewałem się że faktycznie to zrobi. No cóż, dobrze że nie założyłem że czegoś nie zrobi w innych przypadkach. Tak czy siak, w przyszłości szykuje się wpis z wyprawy do jednego z większych miast wielkopolski o którym, na pewno internauci słyszeli (Słynny Karol który chciał zostać Popkiem, raperem, więc pociął sobie twarz by wyglądać jak on, właśnie był z Kalisza).

W tym tygodniu miał też miejsce kolejny wątek ze służbą zdrowia. Skorzystałem z „innego swego rodzaju zaproszenia” na RTG, we wtorek wybrałem się do lekarza żeby się lekko zdziwić że była całkiem duża kolejka do tego samego pomieszczenia co ja, następnie odbyć krótką rozmowę z obecnymi że trzeba się zarejestrować i miła pani powiedziała mi że trzeba wejść do tego pokoju, pokazać pani skierowanie żeby wiedziała że czekam, a kiedy tak postąpiłem to dowiedziałem się że przed badaniem minimum od 3 dni przed powinien brać Espumisan, a dzień przed nie pić nic gazowanego (Później pani mi pokazała że nawet jest stosowna informacja na drzwiach od pokoju). No cóż, to się przeszedłem do tego lekarza. Dodatkowo po zakupie medykamentu w aptece powstało u mnie jedno pytanie. Co by się stało gdyby tak zjeść jeden listek (25 tabletek) Espumisanu. On ma z założenia usuwać „gazy z organizmu”, więc co by się ze mną stało gdybym zażył tyle na raz? Uprzedzam że nie próbowałem (Jeszcze). Ale kto wie, może i to znajdę gdzieś na Youtubie, tak jak ostatnio poradnik jak korzystać z parkingu pod Galerią Katowicką 🙂

A skoro o wtorku mowa, zaczął się proces „leczenia mojej osoby”. W szkole znowu chodzę do psychologa, był to akurat pierwszy raz w tym roku. Całkiem krótki raz bo kiedy nagle zeszliśmy na strasznie poważne tematy to wbił kolega geodeta pytając się czy można przełożyć moją wizytę na kiedy indziej (W skrócie, koledzy wyhaczyli że skoro pani z geodezji ma okienko kiedy my mamy religie to czemu by za zgodą katechety nie zrobić geodezji na religii i wyjść szybciej do domu? Skończyło się „opieprzem” od vice-dyrektora dla kolegi 😛 ). Nie mniej jednak podłapaliśmy o czym będziemy mówić na przyszłych spotkaniach. No i jeszcze zajęcia grupowe. W tym roku w nieco mniejszym składzie (Jedna koleżanka stwierdziła że zajęcia jej wystarczająco pomogły, punkt dla niej, no i jedna pani opiekunka spodziewa się młodszego pokolenia, gratulacje dla niej). A tak poza tym, jak to się mówi, „stara bida”.

Na środowym WFie udało mi się zaliczyć lekkawą kontuzje. Zaczęło się niewinnie od rozgrzewki gdzie w trakcie biegu najpierw ja wjechałem koledze „z bara” (Przyznam szczerze że nie pamiętam od czego się to zaczęło) że poleciał w trybuny zahaczając o innego kolegę, a kiedy ja podśmiechiwałem się pod nosem to inny kolega wjechał we mnie z całej pety od tyłu przez co straciłem równowagę, zrobiłem przewrotkę (Obierając sobie boleśnie kolano) a następnie z rozpędu wylądowałem z powrotem na nogach. Wszyscy w śmiech rzecz jasna, w końcu to takie koleżeńskie wybryki. Koniec końców w trakcie biegów coś mi się naciągnęło w prawym udzie przez co każdy ruch nogą był bardzo odczuwalny. No ale co tam, dałem radę stać na bramce w trakcie meczu i kiepsko bronić. Pogorszyłem swój stan jeszcze bardziej następnego dnia kiedy mieliśmy siatkówkę. Pod koniec bolały mnie oba kolana, oba uda i obie łydki, właściwie nie potrafiłem stać, więc po powrocie poza mnóstwem Voltarenu i maści goździkowej na moje nogi zażyłem jeszcze solnej kąpieli dla stóp oraz przez pół godziny biczowałem swoje nogi mocnym strumieniem gorącej wody. W sumie nawet pomogło.

Dodatkowo jeszcze wspomnę że się przebolałem i napisałem do dwóch jeszcze nie tak dawno (Bo tydzień i nawet dwa tygodnie dla jednego i drugiego) bliskich mi osób. No cóż, to na pewno nie jest kontakt taki jak kiedyś, ale to pewnie kwestia do poprawienia (A na pewno poprawi się jak znowu zacznę żyć bardziej w internecie). Przynajmniej taką mam nadzieję.

Nastała sobota. Wspomniałem wyżej w żartach że można powiedzieć komuś z drugiego końca świata że zazdrości się mu pięknej pogody. Ja nie muszę kontaktować się z ludźmi z Japonii czy innej Ameryki, mnie wystarczy pogawędka z „Bydgoszczą” żeby się dowiedzieć że u nich słońce to nie jest nic dawno niespotykanego. A u nas żeby tylko tyle, bo nawet wystawili alerty przeciwpowodziowe. Tak w większym skrócie, ciągle pada.

Tego dnia miał się odbyć długo przeze mnie oczekiwany dzień otwarty zajezdni tramwajowej w Gliwicach. Miało to być o tyle wyjątkowe że to pierwsza zajezdnia od której zacząłem swoje chodzenie na dni otwarte (Czyli w tej byłem już drugi raz). Aura nie sprzyjała, jak rano wyszedłem z psem na 20 minut to byłem przemoczony do suchej nitki. Stwierdziłem jednak że nic nie popsuje mi planu dnia i z deszczem czy bez niego do Gliwic pojadę. Początkowo miałem zamiar pojechać liniowymi kursami tramwaju i autobusu, oraz ewentualnie wrócić kursem wariantowym tramwajowej linii specjalnej (Dlatego zaopatrzyłem się w aż dwa godzinne bilety, drugi na wszelki wypadek), w planach miałem spędzić tam praktycznie cały dzień. Jednak w trakcie oczekiwania na pierwszy tramwaj zjawił się pociąg specjalny (którego się spodziewałem). Z racji tego że jednak zatrzymywał się na przystankach i „zgarniał ludzi” to jednak wykosztowałem się raczej nie potrzebnie. Będzie na przyszłość. W trakcie podróży widziałem że ktoś mi się przygląda i szczerze mówiąc na początku ta osoba nie wydawała mi się znajoma (Jednak to było na tyle podejrzane że zacząłem pytać się tramwajowych kolegów czy może któryś ich znajomy właśnie jedzie moim tramwajem). Po drodze dosiadł się już znany mi tramwajowy znajomy z którym dopiero się przywitałem na zajezdni (Bo nie wiedziałem czy mnie poznał więc wolałem się nie ujawniać). W trakcie zmiany kierunku jazdy w Zabrzu (Jechałem tramwajem dwukierunkowym) podejrzany kolega się dosiadł i już wiedziałem kto to jest. Okazało się że to znajomy ze starej szkoły, dwie klasy niżej. Ucięła nam się dłuższa pogawędka gdzie porozmawialiśmy trochę o szkole, o starych dziejach no i co on tu u diabła robił, w końcu sam nie był tego do końca pewien bo tramwajami się nie interesuje aż tak (Ale stwierdził że jak zobaczył ulotkę w tramwaju to go to zainteresowało to pojechał, docelowo miał być z jeszcze innym kolegą ale coś nie wyszło). Rozdzieliliśmy się na zajezdni gdzie przyłączyłem się do, bardziej tramwajowych znajomych. Potem już wszystko opierało się na chodzeniu po terenie i podawanie sobie ręki lub graby kolejnym co nuż spotkanym znajomym twarzom, a było ich sporo. Powiedziałbym że z roku na rok co raz więcej jest tych znajomych twarzy. W planach miałem jeszcze spotkanie się z paroma osobami, niestety coś poszło nie tak (A szkoda bo w trakcie imprezy minęliśmy się ze dwa razy, raz nawet świadomie. Ale do pogawędki nie doszło, żałuje tego).

W skrócie wyszło na to że chodziłem po całym terenie w nie małym deszczu, mój kaptur nasiąkał co raz to większą ilością wody i obawiałem się że mój telefon jednak okaże się mniej wodoodporny niż zakładałem (Poza tym korzystanie z dotykowego ekranu w trakcie deszczu to tak właściwie proszenie się o kłopoty, albo o nerwy kiedy dotknięcie ekranu nie skutkuje zamierzonym efektem w telefonie). Osobiście jestem zadowolony. Cyknąłem dużo zdjęć, zamieniłem słowo z wieloma osobami, większej ilości podałem rękę. Nawet jednego motorowego poznałem z którym tam kiedyś miałem „zatarg” w internetach. Ale tak to fajny gościu. Ja chyba jednak też 😀 Jak mówiłem, cyknąłem trochę dużo zdjęć.

Nowość w Tramwajach Śląskich. „TurboHelmut”, wagon Duewag Pt8 po remoncie kapitalnym.

Rozkładający się śląski roboczy pickup, a obok wagon nauki jazdy uczestniczący w konkursie na najlepszego motorniczego.

Inny wagon roboczy, jego przydomek wziął się od jego malowania którego tutaj nie widać 😛

PKM Gliwice po sąsiedzku wystawiły Solarisa Urbino IV generacji.

Tramwaje w „cieniu” jednej z ważniejszych autostrad w kraju. Autostrady A1

No i dodatkowo zdjęcie wehikułu którym raz przejechałem się do pętli w Zabrzu Zaborzu.

No cóż, po powrocie tą maszyną na zajezdnie niestety musiałem opuścić imprezę. Chociaż planowałem być tam cały dzień to brat wpadł na pomysł by pojechać do ojca na obiad (W końcu sobota). Cały przemoczony wsiadłem do auta którym zajechaliśmy do niego, ja wyschnąłem i zjadłem wszystko co mi podano (Byłem dość głodny swoją drogą bo jedyne w co się zaopatrzyłem to dwa litry Muszyny z Biedronki, jak usłyszałem o obiedzie to stwierdziłem że nie będę wydawał pieniędzy na jedzenie na terenie zajezdni). Po obiadku potem do domu. Nogi dawały we znaki, ale warto było. Niczego nie żałuje.

A niedziela (W ramach kronikarskiego obowiązku), też padało. W sumie poza tym że jakiś dzieciak na rowerze był pretendentem do rozjechania mnie i psa (Bo smarkacz zapierdzielał rowerem pod prąd, cieszę się że mam ograniczone zaufanie do polskich kierowców i patrzę się zawsze w obie strony przy przechodzeniu przez jednokierunkową, zwłaszcza że roweru nie słychać), to nic ciekawszego się nie wydarzyło. W gruncie rzeczy nie miało kiedy się wydarzyć bo głównie siedziałem przed telewizorem i oglądałem bajki (Samoloty dzisiaj leciały na Polsacie 😛 ).

Na dzisiaj tyle. Dziękuje wszystkim za czytanie, do zobaczenia wkrótce!